Nie znoszę wtorków, po prostu ich nienawidzę. Większość ludzi nie lubi poniedziałków, ale to właśnie wtorki są moją odwieczną zmorą. We wtorki odbywają się próby chóru szkolnego, do którego należą Toby i Luke. Mama tego dnia zazwyczaj korzysta z ich nieobecności i robi porządki, a Jeremy jej pomaga. I właśnie dlatego co wtorek po chórze zabieram ich gdzieś, gdzie nie będą mieli szans przeszkadzać mamie. Próba kończy się w tym samym czasie co zmiana w kopalni. Gale nie unika mnie, ale kiedy chcę poruszyć kwestię zapłaty za królika, momentalnie zmienia temat. Po zakończeniu szychty wychodzi, zanim zdążę się odezwać. W wyświechtanym kombinezonie i starych, ciężkich butach, pędzę do szkoły. Toby stoi na trawniku razem z innymi chłopcami w jego wieku, na mój widok żegna się z kolegami i biegnie rozentuzjazmowany w moją stronę.
- A wiesz kogo przed chwilą widziałem?- pyta podekscytowany. Wzdycham teatralnie.
- A skąd mam niby wiedzieć?
Mały obdarza mnie szerokim, szczerbatym uśmiechem.
- Gale przyszedł tu po Vicka. Powiedział do mnie "cześć".
Fascynujące. Cóż za wyczyn... Jednak jeśli to teraz powiem, mały się na mnie obrazi. Czochram go po głowie. Chyba czas podciąć mu te kudły. Szczerbul wyszczerza się jeszcze bardziej.
- Gdzie Luke?- pytam, bo jak go znam, zaraz zacznie mnie wprowadzać w szczegóły jego jakże ciekawego spotkania z Gale'em. Wzrusza ramionami. Po chwili z budynku wychodzi Luke. Macham do niego, na co przewraca oczami i idzie w naszą stronę. No tak, teraz to robię mu "obciach" przed kolegami. Łapię Toby'ego za rękę. Muszę jeszcze oddać te pieniądze, ale zrobię to po małych zakupach na Ćwieku.
Właśnie oglądam pokaźny kawałek białego materiału, gdy dociera do mnie, że od dziesięciu minut nie słyszę szczebiotu brata. Rzucam materiał na stragan i zaczynam się rozglądać. A jak coś mu się stało? Dostrzegam Luke'a i idę do niego, w nadziei, że jest przy nim Toby. Nie ma go.
- Gdzie mały?-pytam coraz bardziej przerażona. Luke wzrusza ramionami. Już mam się na niego wydrzeć, kiedy dobiega mnie pisk,a potem śmiech Szczerbulca. Przepycham się przez kotłujących się w kolejce ludzi. Toby stoi przy stoisku Śliskiej Sae i opowiada coś, żywo gestykulując. Kiedy zauważam z kim rozmawia, mam ochotę go udusić i odtańczyć szalony taniec szczęścia jednocześnie. Wreszcie mam okazję do zapłacenia za mięso. Staję za braciszkiem z założonymi rękoma i delikatnie szturcham go w ramię. Odwraca się, a na jego twarzy widnieje promienny uśmiech.
- Leevy, patrz kogo spotkałem-mówi wyraźnie nic nie robiąc sobie z tego, że mnie wystraszył.
- Widzę- cedzę przez zęby - Cześć Gale.
Wygląda na rozbawionego. Pierwszy raz widzę jak się uśmiecha. W sumie to nawet miło wygląda.
- Toby gdzie miałeś być?-pytam siląc się na spokój.
- No, obok ciebie-mówi wesolutko. Marszczę brwi.
- Ojej, wiem Leevy. Ale ale zobaczyłam Gale'a i pomyślałem, że trzeba ładnie podziękować za królika i...- mówi szybko na widok mojej miny.
- I dziękowałeś mu dziesięć minut, tak? Idź do Luke'a, zaraz do was przyjdę.
Gdy tylko mały się oddala, wyciągam z kieszeni garść monet. Gale odwraca się i chce odejść, ale chwytam go za ramię.
- Daj spokój-zaczyna.
- Nie. Nie chcę od nikogo żadnych prezentów, a już tym bardziej nie takich-mówię twardo. Już się nie uśmiecha, twarz ma poważną.
- Wolisz być głodna?
- Tak-odpowiadam bez zastanowienia.
- To inaczej. Wolisz, żeby oni byli głodni?-pyta, wskazując na moich braci ruchem głowy. Czerwienię się aż pieką mnie policzki. Przecież wie, że nie o to mi chodziło.
- To nie jest w żadnym razie twoja sprawa-mówię ciszej niż zamierzałam. Podnoszę wzrok i napotykam przenikliwe spojrzenie szarych oczu, otoczonych długimi rzęsami. Takie same, jak u większości mieszkańców Złożyska, jak u mnie i u moich braci.
- Nie możesz po prostu wziąć pieniędzy i zapomnieć o całym zdarzeniu?-odzywa się nagle.
- Nie.
Podbiega do nas Toby. Łapie mnie za rękę i ciągnie z całej siły,
- Leevy, tam są cukierki. Kupisz mi trochę?- jęczy. Taka jest prawie każda jego reakcja na choć jedną monetę w mojej ręce.
- Toby!
- Widzisz? Chyba bardziej potrzebujesz tych pieniędzy- zauważa Gale. Toby uśmiecha się z satysfakcją. Paskudny Szczerbul, już ja sobie z nim pogadam. Mały wyszczerza się do Gale'a i ciągnie mnie do stoiska ze słodyczami. Te jego wymarzone cukierki to po prostu zabarwione sokami, drobne bryłki cukrku, w kształcie, który chyba miał przypominać okręgi, a mój braciszek patrzy na nie, jak na ósmy cud świata. Zmęczona jego błagalnym spojrzeniem, któremu akompaniuje jęczenie, w końcu kupuję woreczek "cukierków".
Luke idzie metr przed nami, Toby podskakuje, trzymając mnie za rękę, w drugiej ściska paczuszkę słodyczy. Dałby mi gwiazdkę z nieba za woreczek pseudo-cukierków. A ja chciałam na niego nawrzeszczeć...
Po pogrzebie taty, wiele osób składało nam kondolencje, których nie chciałam, przez które Toby zaczynał chlipać, a mama zaciskała usta i zamykała się w swoim świecie. Tylko od jednej osoby nie usłyszałam, jak strasznie mi współczuje. Moja wychowawczyni, Pani Wells, nie powiedziała, że muszę się trzymać, nie płakać i czekać cierpliwie, aż czas rzekomo uleczy rany. Ona tylko kazała uważnie słuchać i powiedziała mi, że to nie jest koniec wszystkiego, bo mam mamę i rodzeństwo. Powiedziała, że to są moje "promyczki życia".
Szczerbaty promyczek mojego życia nagle przypomina sobie, że miał mi coś powiedzieć.
- A nie nakrzyczysz?-upewnia sę. Znam ten ton i to doskonale. Co tym razem wymyślił? Ostatnio tak zaczął rozmowę, kiedy chciał zatrzymać sobie ptaszka z chorym skrzydełkiem dwa lata temu. Jeremy wrzeszczał, że zwierzęta powinny żyć na wolności, Toby chlipał i prosił mnie godzinami, Luke razem z nim, ja zaczęłam wrzeszczeć, że mają mi dać spokój, aż w końcu mama wyszła z pokoju, wypuściła zdrowego już ptaszka za okno i beznamiętnym tonem nas o tym poinformowała. Patrzę na niego uważnie.
- Nie nakrzyczę. Mów.
- Trzeba będzie zrobić duże zakupy.
Czyli kolejnie "biedne i ptrzebujące" zwierzę.
- A czemu?- pytam powoli.
- No bo ja...
- Toby zaprosił do nas tego twojego chłopaka-wypala Luke. Zalewa mnie fala gorąca. Tym razem promyczek mego życia przegiął.
- To-nie-jest-mój-chłopak- Syczę wściekła- A ty?! Od kiedy to zaprasza się obcych ?! Zapytałeś chociaż, czy możesz?!- z każdym moim słowem, mały coraz bardziej się kuli.
- Mówiłaś, że nie nakrzyczysz-mówi oskarżycielsko, z ustami w podkówkę- Poza tym on wcale nie jest obcy.
Nigdy, ale to nigdy nie chcę mieć dzieci.
- Na kiedy go zaprosiłeś?
Rozpromienia się.
- Powiedział, że jak będzie miał czas, to przyjdzie jutro i może pokaże mi jak się zastawia sidła- trajkocze z zachwytem.
Jutro! Jutro! Szczerbul zaprosił go na jutro! A w domu nie mam nawet kawałka chleba! Iść na Ćwiek? Nie zdążę... Wszystkie ciuchy albo brudne, albo w praniu!Chwila! Czym ja się tak ekscytuję?! Przecież on przychodzi do Szczerbatego, nie do mnie! Nie mam się po co stroić, ani tym bardziej przejmować czym go poczęstuję. Po prostu nasypię cukierków na talerz i tyle. Zresztą pewnie i tak wyjdą na dwór.
W domu, zupełnie nie wiem czemu, wyciągam z szafy starą, beżową sukienkę mamy. A jutro po pracy kupię jakieś ciastka.
Se ja pierwsza :*
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo mi się podoba :3 Dzięki tobie poznajemy Gale'a od zupełnie innej strony xd Od tej slodkiej, czułej strony :3
Jest jeszcze prośba <3 Czy mogłabyś informować na cena-ostatniego-piasku.blogspot.com w spamowniku gdy pojawi się nowy rozdział? :*
Weny kochanie <3
Lily
Spk. Miło m bardzo, że ci się podoba:-)
OdpowiedzUsuńOj, julcia julcia. Jak się zaprasza lilcię, to się o poniacze i Smarkerusa wykłóca, a nie.
OdpowiedzUsuńWiesz, że cię kocham, nie? No wiesz, wiesz.
A wiesz, że na mam Hejmicza?
No wiesz, wiesz.
A wiesz, że przeogromnie cierpię?
Chyba nie! O borze zielony, borze szeroki, ześlij na julcię hejmiczowo lejowe objawienie!
A gejl... awwwwww... <3
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńja tesz cię kocham<3
OdpowiedzUsuńNominuję Cię do La :*
OdpowiedzUsuńhttps://www.youtube.com/watch?v=SfZWFDs0LxA&hd=1
STOP! STOP! Nie ten link ;-;
UsuńTu http://cena-ostatniego-piasku.blogspot.com/2014/08/libster-aards-namber-tu.html
U mnie nowy, gdziekolwiek jesteś :**
OdpowiedzUsuń