Tłum mieszkańców Dwunastego
Dystryktu krótko oklaskuje tegorocznych zwycięzców. Stoję sztywno wśród nich,
ściskając spoconą dłoń Toby’ego. Wygrała, dudni mi w uszach to jedno jedyne
słowo. Katniss Everdeen, moją sąsiadka, od której często kupowałam mięso, można
by powiedzieć nawet, moja bliska znajoma. Dorastałyśmy razem, jak większość
dzieciaków ze Złożyska, chodziłyśmy do jednej klasy. Co prawda nie
rozmawiałyśmy często, głównie dlatego, że Katniss to raczej typ outsiderki. Ale
z drugiej strony, ja też nigdy nie otaczałam się gromadką przyjaciół. Jednak po
śmierci ojca, Katniss podrzucała mi zawsze część upolowanej przez siebie
zwierzyny. Początkowo nie miałam nawet czym jej płacić, aż pewnego dnia odważyłam
się i poszłam do lasu, gdzie znalazłam dziką barć. W zamian za miód i trudno dostępne zioła, otrzymywałam
mięso. Z czasem nauczyłam się szyć, a sprzedaż ubrań i pościeli przynosiła
jakie takie zyski. Trzy lata temu, tuż przed Dożynkami, udało mi się za część
oszczędności kupić dwie kozy i paczkę jakiś nasion. Wróciłam do domu bogatsza o
dwa chude zwierzęta i woreczek suchych ziarenek. Po zasadzeniu okazało się, że
to ziarna fasoli. Problem wiecznie głodnych brzuchów został rozwiązany. Oprócz tego co uszyłam, sprzedawałam kozie
mleko, sery, a część plonów wymieniałam na takie rarytasy jak cukier, czy
prawdziwy chleb, wcale nie podobny do zakalcowatego placka z przydziału
zbożowego. Dzięki odpowiedniemu żywieniu i lekom, mama zaczęła wracać do
zdrowia. Któregoś dnia była na tyle silna, żeby zacząć sprzątać dom, innego
gotowała, aż w końcu wróciła do dawnych obowiązków. I właśnie wtedy Toby, mój
najmłodszy brat zachorował na odrę. . Lata głodu i niewystarczające warunki
higieny, znacznie osłabiły odporność mojego rodzeństwa. Gdyby nie szybka pomoc matki Katniss, pewnie
by nie przeżył. Nie znoszę mieć długów, a właśnie wtedy stałam się dłużniczką Katniss i jej
mamy.
Teraz witam ją, jako
zwyciężczynię siedemdziesiątych czwartych Głodowych Igrzysk. Pewnie nie będzie
już mieszkać na Złożysku. Dostanie duży dom w Wiosce Zwycięzców i będzie jedną
z najbogatszych mieszkańców Dwunastki.
Nie będzie musiała szukać pracy po osiemnastych urodzinach, ani nigdy
więcej prosić o jedzenie. Kiedy mama wyzdrowiała, mogłam się rozejrzeć za
porządną pracą. Tylko że praktycznie nikt nie potrzebuje pracowników. Wszyscy
kupcy starają się jak mogą, żeby jak najwięcej zaoszczędzić i co za tym idzie,
rzadko kiedy przyjmują pracowników, nawet na krótko. Jedynym miejscem, gdzie przyjmują
wszystkich chętnych do pracy, jest kopalnia. Nie bardzo nadaję się do racy przy
wydobyciu węgla, bo jestem dość niska i koścista. Kiedy zarządca kopalni przyjrzał
się uważnie mojej drobnej budowie i wystającym żebrom, widocznym nawet spod
koszuli, uśmiechnął się z zakłopotaniem. Widząc jednak moje niemal błagalnie spojrzenie,
uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział:
- Cóż, każda para rąk się nam
przyda.
Rozpływając się z dumy, wróciłam
do domu. Mama była przerażona, gdy powiedziałam gdzie będę pracować. Tata
zginął w kopalni sześć lat temu, przygnieciony przez spory kawał ściany. Dwa
lata później w wyniku wybuchu zginęła masa górników, w tym ojciec Katniss i po
raz pierwszy cieszyłam się, że tata nie został rozerwany na strzępy, tylko
przygnieciony.
Od śmierci ojca, mama
kategorycznie zabraniała nam rozmów na temat kopalni. Czasem, gdy się z nią
kłóciłam, specjalnie opowiadałam o katastrofach górniczych, żeby zrobić jej na
złość. Zamykała się wtedy w pokoju i nie rozmawiała ze mną, dopóki nie targnęły
mną wyrzuty sumienia i jej nie przeprosiłam.
Przerażałam ją często tym, co opowiadałam o Dwunastym Dystrykcie,
rządzących i wszechobecnym głodzie i chorobom. Z czasem nauczyłam się siedzieć
cicho, bo dotarło do mnie, że przez moje słowa moglibyśmy mieć kłopoty.
Właściwie to poza zwykłymi uprzejmościami, wymienianymi na ulicach i Ćwieku,
rzadko się odzywam. Tylko nieliczni,
którym ufam, wiedzą o mojej gadatliwości.
Plac powoli pustoszeje. Jeśli
nie wrócimy przed zmierzchem, mama zacznie się martwić. Odciągam Toby’ego od
witryny cukierni, pełnej różnorodnych lizaków i bogato zdobionych tortów. Kiedy
byłam młodsza, często chodziłam przed tę witrynę, żeby napaść oczy widokiem
cukrowych różyczek i innych słodkości. Idziemy przez puste ulice, czasem zatrzymując
się, bo mały twierdzi, że musi odpocząć. W zasadzie nie wiem dlaczego dzisiaj
tak szybko się męczy, a już tym bardziej nie wiem po co, co chwila się za siebie ogląda. Przed samym domem zauważam mieszkającego obok
nas chłopaka. Dopiero teraz go
dostrzegłam, a chyba szedł za nami od placu. Witamy się krótkim skinieniem
głowy. Gale Hawthorne, najstarszy syn Hazelle, której czasem daję pościel i
ubrania do uprania. Podobnie jak ja, zaczyna teraz pracę w kopalni. Jest ode
mnie dwa lata starszy, wysoki i muskularny, dzięki czemu większość dziewczyn ze
szkoły wodzi za nim oczami. On jednak zdaje się tego nie zauważać. Nie jest
jednym z popisujących się przed innymi chłopaków. Sam utrzymuje pięcioosobową
rodzinę, poluje w lesie, czasem sprzedaje mięso na Ćwieku, a teraz zacznie
pracę, dzięki której pewnie będzie im łatwiej wiązać koniec z końcem. Czasem
przychodzę do jego rodzeństwa, gdy Hazelle u kogoś sprząta, a nimi nie ma się
kto zająć.
Zawsze marzyłam o siostrze,
więc opieka nad pięcioletnią Posy sprawia mi przyjemność. Powinnam się cieszyć,
bo narodziny jeszcze jednego dziecka oznaczałyby opiekę nad trzema chłopakami,
chora mamą i niemowlakiem, a wtedy na pewno zabrano by nas do domu komunalnego.
W domu wpycham umorusanego
brata do łazienki, a sama zaczynam nakrywać do stołu. Wczoraj zebrałam na łące
całe wiaderko mniszków i dziś na kolację będą resztki mniszkowej sałatki.
Mama jak zwykle tylko rozdziubuje jedzenie na talerzu i od czasu do czasu
wkłada odrobinę do ust. Jeremy i Lucas nie chcą jeść, ale przykre ssanie w żołądku
zmusza ich do przełknięcia chociaż jednej porcji. Tylko Toby, lizus jakich
mało, zachwala każdy kęs i prosi o dokładkę. Przypuszczam, że mimo jego „apetytu”,
sałatką pożywią się kozy.
Katniss parę lat temu nauczyła
mnie zastawiać najprostszy rodzaj wnyków, ale boję się iść sama do lasu.
Trudno, nie mam wyboru.
Najciszej jak potrafię, idę przez las, zdana jedynie na intuicję. Trochę
ciężko rozkładać wnyki po ciemku. Na dźwięk czyiś ledwo słyszalnych kroków,
porzucam wnyki i biegnę na oślep. Kroki
również przyśpieszają, mimo to wciąż nie mam pojęcia kto poza mną jest w lesie.
A jeśli to któryś Strażnik Pokoju? Nagle wpadam na kogoś z impetem. Mam zamiar krzyknąć, ale dłoń zakrywa mi usta, druga ręka jest
zaciśnięta na moim przegubie.
- Co tu robisz?-odzywa się w
ciemnościach głos. Dam sobie głowę uciąć, że skądś go znam.
- Z-zastawiam wnyki-genialnie. Jeśli to Strażnik, to mam zapewnioną karę
za kłusownictwo. Po co ja szłam do tego lasu? Ucisk w okolicy przegubu zwalnia się.
- Zastawiasz wnyki w stawie?
W stawie? Dopiero po chwili dostrzegam zarys stawu. Jeszcze kilka kroków, a wpadłabym do wody.
Czerwienię się, dobrze że jest ciemno, jeszcze by to zauważył.
- No to zmykaj- ręka mnie puszcza.
1. Fajne.
OdpowiedzUsuń2. Nie napiszę więcej, bo mam leniwy tyłeczek ;D