czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 1



    


      Tłum mieszkańców Dwunastego Dystryktu krótko oklaskuje tegorocznych zwycięzców. Stoję sztywno wśród nich, ściskając spoconą dłoń Toby’ego. Wygrała, dudni mi w uszach to jedno jedyne słowo. Katniss Everdeen, moją sąsiadka, od której często kupowałam mięso, można by powiedzieć nawet, moja bliska znajoma. Dorastałyśmy razem, jak większość dzieciaków ze Złożyska, chodziłyśmy do jednej klasy. Co prawda nie rozmawiałyśmy często, głównie dlatego, że Katniss to raczej typ outsiderki. Ale z drugiej strony, ja też nigdy nie otaczałam się gromadką przyjaciół. Jednak po śmierci ojca, Katniss podrzucała mi zawsze część upolowanej przez siebie zwierzyny. Początkowo nie miałam nawet czym jej płacić, aż pewnego dnia odważyłam się i poszłam do lasu, gdzie znalazłam dziką barć.  W zamian za miód i trudno dostępne zioła, otrzymywałam mięso. Z czasem nauczyłam się szyć, a sprzedaż ubrań i pościeli przynosiła jakie takie zyski. Trzy lata temu, tuż przed Dożynkami, udało mi się za część oszczędności kupić dwie kozy i paczkę jakiś nasion. Wróciłam do domu bogatsza o dwa chude zwierzęta i woreczek suchych ziarenek. Po zasadzeniu okazało się, że to ziarna fasoli. Problem wiecznie głodnych brzuchów został rozwiązany.  Oprócz tego co uszyłam, sprzedawałam kozie mleko, sery, a część plonów wymieniałam na takie rarytasy jak cukier, czy prawdziwy chleb, wcale nie podobny do zakalcowatego placka z przydziału zbożowego. Dzięki odpowiedniemu żywieniu i lekom, mama zaczęła wracać do zdrowia. Któregoś dnia była na tyle silna, żeby zacząć sprzątać dom, innego gotowała, aż w końcu wróciła do dawnych obowiązków. I właśnie wtedy Toby, mój najmłodszy brat zachorował na odrę. . Lata głodu i niewystarczające warunki higieny, znacznie osłabiły odporność mojego rodzeństwa.  Gdyby nie szybka pomoc matki Katniss, pewnie by nie przeżył. Nie znoszę mieć długów, a właśnie  wtedy stałam się dłużniczką Katniss i jej mamy.
      Teraz witam ją, jako zwyciężczynię siedemdziesiątych czwartych Głodowych Igrzysk. Pewnie nie będzie już mieszkać na Złożysku. Dostanie duży dom w Wiosce Zwycięzców i będzie jedną z najbogatszych mieszkańców Dwunastki.  Nie będzie musiała szukać pracy po osiemnastych urodzinach, ani nigdy więcej prosić o jedzenie. Kiedy mama wyzdrowiała, mogłam się rozejrzeć za porządną pracą. Tylko że praktycznie nikt nie potrzebuje pracowników. Wszyscy kupcy starają się jak mogą, żeby jak najwięcej zaoszczędzić i co za tym idzie, rzadko kiedy przyjmują pracowników, nawet na krótko. Jedynym miejscem, gdzie przyjmują wszystkich chętnych do pracy, jest kopalnia. Nie bardzo nadaję się do racy przy wydobyciu węgla, bo jestem dość niska i koścista. Kiedy zarządca kopalni przyjrzał się uważnie mojej drobnej budowie i wystającym żebrom, widocznym nawet spod koszuli, uśmiechnął się z zakłopotaniem. Widząc jednak moje niemal błagalnie spojrzenie, uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział:
      - Cóż, każda para rąk się nam przyda.
  Rozpływając się z dumy, wróciłam do domu. Mama była przerażona, gdy powiedziałam gdzie będę pracować. Tata zginął w kopalni sześć lat temu, przygnieciony przez spory kawał ściany. Dwa lata później w wyniku wybuchu zginęła masa górników, w tym ojciec Katniss i po raz pierwszy cieszyłam się, że tata nie został rozerwany na strzępy, tylko przygnieciony.
      Od śmierci ojca, mama kategorycznie zabraniała nam rozmów na temat kopalni. Czasem, gdy się z nią kłóciłam, specjalnie opowiadałam o katastrofach górniczych, żeby zrobić jej na złość. Zamykała się wtedy w pokoju i nie rozmawiała ze mną, dopóki nie targnęły mną wyrzuty sumienia i jej nie przeprosiłam.  Przerażałam ją często tym, co opowiadałam o Dwunastym Dystrykcie, rządzących i wszechobecnym głodzie i chorobom. Z czasem nauczyłam się siedzieć cicho, bo dotarło do mnie, że przez moje słowa moglibyśmy mieć kłopoty. Właściwie to poza zwykłymi uprzejmościami, wymienianymi na ulicach i Ćwieku, rzadko się odzywam.  Tylko nieliczni, którym ufam, wiedzą o mojej gadatliwości.

      Plac powoli pustoszeje. Jeśli nie wrócimy przed zmierzchem, mama zacznie się martwić. Odciągam Toby’ego od witryny cukierni, pełnej różnorodnych lizaków i bogato zdobionych tortów. Kiedy byłam młodsza, często chodziłam przed tę witrynę, żeby napaść oczy widokiem cukrowych różyczek i innych słodkości.  Idziemy przez puste ulice, czasem zatrzymując się, bo mały twierdzi, że musi odpocząć. W zasadzie nie wiem dlaczego dzisiaj tak szybko się męczy, a już tym bardziej nie wiem po co,  co chwila się za siebie ogląda.  Przed samym domem zauważam mieszkającego obok nas chłopaka.  Dopiero teraz go dostrzegłam, a chyba szedł za nami od placu. Witamy się krótkim skinieniem głowy. Gale Hawthorne, najstarszy syn Hazelle, której czasem daję pościel i ubrania do uprania. Podobnie jak ja, zaczyna teraz pracę w kopalni. Jest ode mnie dwa lata starszy, wysoki i muskularny, dzięki czemu większość dziewczyn ze szkoły wodzi za nim oczami. On jednak zdaje się tego nie zauważać. Nie jest jednym z popisujących się przed innymi chłopaków. Sam utrzymuje pięcioosobową rodzinę, poluje w lesie, czasem sprzedaje mięso na Ćwieku, a teraz zacznie pracę, dzięki której pewnie będzie im łatwiej wiązać koniec z końcem. Czasem przychodzę do jego rodzeństwa, gdy Hazelle u kogoś sprząta, a nimi nie ma się kto zająć.
      Zawsze marzyłam o siostrze, więc opieka nad pięcioletnią Posy sprawia mi przyjemność. Powinnam się cieszyć, bo narodziny jeszcze jednego dziecka oznaczałyby opiekę nad trzema chłopakami, chora mamą i niemowlakiem, a wtedy na pewno zabrano by nas do domu komunalnego.
      W domu wpycham umorusanego brata do łazienki, a sama zaczynam nakrywać do stołu. Wczoraj zebrałam na łące całe wiaderko mniszków i dziś na kolację będą resztki mniszkowej sałatki.
Mama jak zwykle tylko rozdziubuje jedzenie na talerzu i od czasu do czasu wkłada odrobinę do ust. Jeremy i Lucas nie chcą jeść, ale przykre ssanie w żołądku zmusza ich do przełknięcia chociaż jednej porcji. Tylko Toby, lizus jakich mało, zachwala każdy kęs i prosi o dokładkę. Przypuszczam, że mimo jego „apetytu”, sałatką pożywią się kozy.
      Katniss parę lat temu nauczyła mnie zastawiać najprostszy rodzaj wnyków, ale boję się iść sama do lasu. Trudno, nie mam wyboru.

Najciszej jak potrafię, idę przez las, zdana jedynie na intuicję. Trochę ciężko rozkładać wnyki po ciemku. Na dźwięk czyiś ledwo słyszalnych kroków, porzucam wnyki i biegnę na oślep.  Kroki również przyśpieszają, mimo to wciąż nie mam pojęcia kto poza mną jest w lesie. A jeśli to któryś Strażnik Pokoju? Nagle wpadam na kogoś z impetem.  Mam zamiar krzyknąć, ale  dłoń zakrywa mi usta, druga ręka jest zaciśnięta na moim przegubie.
      - Co tu robisz?-odzywa się w ciemnościach głos. Dam sobie głowę uciąć, że skądś go znam.
- Z-zastawiam wnyki-genialnie. Jeśli to Strażnik, to mam zapewnioną karę za kłusownictwo. Po co ja szłam do tego lasu?  Ucisk w okolicy przegubu zwalnia się.
      - Zastawiasz wnyki w stawie?
W stawie? Dopiero po chwili dostrzegam zarys stawu.  Jeszcze kilka kroków, a wpadłabym do wody. Czerwienię się, dobrze że jest ciemno, jeszcze by to zauważył.
- No to zmykaj- ręka mnie puszcza.

Jakimś cudem docieram do ogrodzenia. Potem biegnę do domu. Rzucam się na łóżko w ubraniu i pokrytych ziemią butach, i nakrywam kołdrą po brodę.

1 komentarz: