niedziela, 14 grudnia 2014

...











 Moi kochani przyjaciele(?)



 
Zawieszam...
Przepraszam was, ale jestem dokładnie na "początku końca" i aktualnie:
1# Rozwiązuję swoje problemy
2# Jestem apatycznie nie zdatna do wszelkiego użytkowania
3# Bawię się w psychologa i... szkoda gadać
4# Mam przerażających znajomych, którzy sprawiają, ze czasem boję się samej siebie
Kocham was!
Aniu ty moja siostrzyczko i rzono w jednym <3
Liluś pamiętaj o mnie :*
Lisia... taaaa ty wiesz co?(o) Cb boję się chyba najbardziej ... <3 :** :/

taaaa
Nie wiem kiedy wrócę i czy w ogóle jest sens zatruwać powietrze oraz internet mą osobą...
No to pa.
Chyba do zobaczenia
Kiedyś tam
Mhm...

Juleczka, spycholog nie z tej planety


niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 9

              

Znowu siedzę na dywanie w małym pokoju, otoczona pluszakami ze skrawków materiału. Mam cztery lata... Mama kołysze na rękach płaczącego Jeremy'ego. Śpiewa mu wszystkie znajome kołysanki, ale to nie pomaga. Nie pomoże, bo tylko przy jednej piosence się uspokaja... Tata zaśpiewał mu ją kiedyś, kiedy tak jak teraz nie chciał się uspokoić. Podchodzę do mamy i nachylam się w jej stronę.
- Robisz to źle-mówię szeptem.
- Co takiego?-jest zaskoczona.
- Śpiewasz złe piosenki-informuję. Mama nie rozumie o co chodzi.
- To zaśpiewaj teraz ty coś-proponuje. Kiwam głową i siadam obok niej na podłodze. Przymykam oczy. Znam tą piosenkę...

     - Czy Ty, czy Ty
      Przy drzewie się pojawisz
      Gdzie zawisł mężczyzna,
       Co troje ludzi zabił
       Dziwne rzeczy się tu zdarzały,
       Więc nie zdziwi mnie
       Jeśli się spotkamy
       O północy
       Pod wisielczym drzewem...

      Czy Ty, czy Ty
      Przy drzewie się pojawisz
      Skąd martwy mężczyzna
      Miłość swą odprawił
      Dziwne rzeczy się tu zdarzały,
      Więc nie zdziwi mnie
      Jeśli się potkamy
       O północy
       Pod wisielczym drzewem...

      Czy Ty, czy Ty
      Przy drzewie się pojawisz,
      Gdzie kazałem Ci przybiec,
      By oboje nas wybawić
      Dziwne rzeczy się tu zdarzały,
      Więc nie zdziwi mnie
      Jeśli się spotkamy
      O północy
     Pod wisielczym drzewem...

    Czy Ty, czy Ty
    Przy drzewie się pojawisz
    Założysz naszyjnik z liny
    I już mnie nie zostawisz
   Dziwne rzeczy się tu zdarzały,
   Więc nie zdziwi to mnie
   Spotkajmy się
   O północy
   Przy wisielczym drzewie... 

Mama zaczyna krzyczeć, budząc przy okazji, chłopca, który zdążył już usnąć. Mały zaczyna przeraźliwie płakać. Ja chowam się w swoim pokoju. Czekam aż wróci ojciec... Słyszę jego kroki w kuchni, słyszę jak mama do niego krzyczy, a on ją uspokaja. Potem wchodzą do mojego pokoju i przytulają mnie. Już się nie boję. Tata mówi, ze nie wolno śpiewać takich piosenek, ale ja nie zapominam jej tekstu.

      Pamiętam go do teraz i mimowolnie śpiewam wszystkie cztery zwrotki. Jedyny buk, który stoi poza ogrodzeniem... Jedyny, który nie należy do lasu... Drzewo wisielców... CO jego bohater ma na myśli? Może opowiada swojej dziewczynie o przestępcy... Pewnie jest zamieszany w jakąś zbrodnie, a ona ma zostać powieszona razem z nim... Takie rzeczy miały miejsce naprawdę. Karano dwoje za błąd jednego. Opowiada jej, że kiedyś miało miejsce takie wydarzenie, że przestępca  kazał uciekać swojej kochance, bo myślał pewnie, że świat może się zmienić... Ale on nie chce, żeby ona go zostawiła. Chce, żeby zginęła razem z nim, każe jej przyjść pod stryczek. Obiecuje, że zawsze będą razem, kiedy już założy linę na szyję... Może faktycznie życie w takim świecie jest gorsze od śmierci... Zerkam na Gale'a, gdy kończę ostatni wers.
- Ładnie-mówi-Skąd to znasz?
- Kiedyś tata zaśpiewał to mojemu bratu. Znam jeszcze inne.
- Jakie?
Dużo tego. Najbardziej lubię jedną, podsłuchałam jak tata ją śpiewał.
- Za dużo tego. Nie pamiętam wszystkich-uśmiecham się.
- To zaśpiewaj co pamiętasz.
Biorę głęboki wdech.

- Pamiętam łzy spływające po twojej twarzy,
Gdy powiedziałam: "Nigdy nie pozwolę ci odejść"
Gdy te wszystkie cienie niemalże zgasiły twoje światło
Pamiętam jak powiedziałeś: "Nie zostawiaj mnie tu samego"
Lecz to wszystko już umarło, odeszło i przeminęło dzisiejszej nocy


Zaśpiewał mi tę zwrotkę, ale nikomu nie mówiłam...

Po prostu zamknij oczy
Słońce chyli się ku zachodowi
Będzie dobrze
Nikt nie może cię teraz skrzywdzić
Przyjdź, światło poranka
Ty i ja będziemy cali i zdrowi


To przecież takie oczywiste...

Nie waż się wyglądać przez okno, kochanie
Wszystko się pali
Za naszymi drzwiami szaleje wojna
Trzymaj się tej kołysanki
Nawet gdy muzyka zniknie, zniknie


Tej zwrotki zawsze się bałam..
.
Po prostu zamknij oczy
Słońce chyli się ku zachodowi
Będzie dobrze
Nikt nie może cię teraz skrzywdzić
Przyjdź, światło poranka
Ty i ja będziemy cali i zdrowi

Po prostu zamknij oczy
Będzie dobrze
Przyjdź światło poranka
Ty i ja będziemy cali i zdrowi


- A tą skąd znasz?
- Kiedyś ojciec zaśpiewał pierwszą zwrotkę.
- Więc sąd znasz resztę.
Rumienię się.
- Podsłuchiwałam jak śpiewał, gdziekolwiek był i jakoś tak wyszło, że umiem ją powtórzyć. Może ptaki nie milkną, kiedy śpiewam, ale na razie musi ci to wystarczyć.
Gale wstaje. Ja też.
- Gdyby był tu chociaż jeden, z pewnością by zamilkł-mówi cicho.
  Całuje mnie w czoło i odchodzi...

Rozdział 8













Dedykuję ten oto chyba rozdział Lily, Lisi, Aneczce i ogólnie to jeszcze nie wiem komu jeszcze, ale jak ktoś to przeczyta to jemu też <3 :D
************************************************************************



Pierwszy dzień po Dożynkach jest zawsze dniem wolnym. Mimo to wstaję o świcie. W pokoju panuje nienaturalna cisza. O tej porze zazwyczaj wszystkie rodziny na Złożysku zaczynały dzień pracy. Dzieci miały zaraz wyjść do szkoły, dorośli do kopalni i tylko nieliczni zostawali w domach. Najczęściej byli to chorzy, albo matki z bardzo małymi dziećmi. Właściwie ja też powinnam chodzić do szkoły, ale praca w kopalni automatycznie mnie z tego zwalnia... Bez sensu. Ponoć kiedyś trzeba było się uczyć do osiemnastych  urodzin i dopiero potem można było pracować. Tak jest napisane w książkach. Ale nie są to książki, które na co dzień czytamy w szkołach.One są zakazane, bo mówią nam o tym jak kiedyś żyli ludzie i mogą obudzić w nas chęć posiadania takiej wolności jak ich. Tata kiedyś pokazał mi kilka ocalałych po "Zagładzie" tomów. Niektóre mają naprawdę dziwaczne tytuły. W Panem nie ma pisarzy ani książek odbiegających od tego co nam potrzebne, czyli podręczników szkolnych. Nie wolno pisać ani tym bardziej posiadać czegoś, na co mówi się chyba "powieści", bo to jak mówią szkodliwe dla naszego zdrowia psychicznego. Podręczniki  redagowane przez uczonych w Kapitolu nie zawierają informacji o przeszłości świata, tylko same konkrety i oczywiście pochwały pod adresem nowego ustroju. Mimo to niektórzy chcą na własną rękę szukać dowodów na to, że Kapitol okłamuje nas, mówiąc, że kiedyś było dużo gorzej.  Tylko co dokładnie znaczy to "gorzej"? Mój ojciec wraz z kilkoma zaufanymi przyjaciółmi znalazł kilka nadpalonych, zawilgoconych i kompletnie zdewastowanych, ale za to jeszcze czytelnych książek na jednym z najniższych pięter kopalni. Jedną z nich przyniósł do domu i czytał mi, kiedy mama nie mogła nas usłyszeć. Miała śliczną okładkę, na kolorowej łące stała blond włosa dziewczynka w niebieskiej sukience i wołała coś do króliczka w śmiesznym skafandrze. Uwielbiałam kiedy ojciec czytał mi rozdział po rozdziale, fantastycznie naśladując głosy bohaterów. I po raz kolejny nie mogłam nikomu o tym powiedzieć. Książka do tej pory jest schowana pod jego kombinezonem górniczym, na dnie szuflady. Chciałabym ją kiedyś stamtąd wyjąć, ale boję się, że mama to zauważy.  Właściwie dlaczego nic nam nie wolno? Nie wolno śpiewać starych piosenek, nawet takich banalnych jak kołysanka o łące. Nie wolno czytać. Nie wolno mieć powodów do radości. To co to za wolność? Czy świat rozpadł się przez dziecinne piosenki, śpiewane podczas przeróżnych zabaw? Albo przez niewinne książki, przedstawiające tylko fikcję? 

W oddali łąki, wejdźże do łóżka
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmróż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż.

Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
Najsłodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.

Poblask miesiąca spłynie w mrok łąk,
Okryj się liśćmi, weź je do rąk.
W niepamięć odpuść kłopotów moc,
Znikną na zawsze, gdy minie noc.

Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
Najsłodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.

 Mama śpiewała mi to, gdy wstawałam w nocy, bo bałam się ciemności. Co jest niszczącego i nakłaniającego do buntu w tej kołysance? Co z tego, że zabronią nam śpiewać, skoro nie potrafią wymazać pamięci? I sprawić, ze przestaniemy tęsknić za tymi słowami... Wbrew temu co nam wpajają, ludzie wcale nie mają serca tylko po to, żeby żyć. Nie jesteśmy zimnymi bryłami bez uczuć. Nie wszyscy ludzie w przeszłości byli bezduszni. Nie wszyscy chcieli doprowadzić do zniszczenia ludzkości. Ale jednak do tego doszło... Co znaczy więc kilka "dobrych" wobec większości "złych"? Są w ogóle jacyś "dobrzy" i źli? Nie... Nie ma ani "dobrych", ani "złych"... Są cukrowe różyczki w witrynie cukierni, nowe ciepłe buty na wystawie w sklepie, pożywny chleb z piekarni, ciepły posiłek, są też zabarwione bryłki cukru, znoszone ubrania po starszych członkach rodziny, zakalcowate placki z przydziału zbożowego, zupa z mysiego mięsa jedzona na Ćwieku w zimowe dni... Są zwyczajne drzewa i jest drzewo, które kiedyś było stryczkiem. Są niedozwolone kołysanki i piosenki, są spojrzenia pełne nadziei, podziwu, buntu... Są prawa, za które jesteśmy wdzięczni i prawa, których nienawidzimy. Jest władza... I o tą władzę walczymy od najdawniejszych czasów.

     Wychodzę. Mijam szereg domów aż w końcu staję przed jednym z nich.  Pukam do dużych, drewnianych drzwi. Uchylają się lekko i zaspana twarz Gale'a pojawia się w szczelinie.
- Będziesz dziś iść na łąkę?-pytam cicho. Mruga gwałtownie oczami.
- Jest czwarta nad ranem-ziewa.
- Będziesz iść-powtarzam pytanie. Kiwa głową.
- A mogę iść z tobą?
- Jeśli chcesz.
- Myślę, że chcę.
Na pewno? A może chciałam tylko usłyszeć jego głos? Może wcale nie chcę nigdzie iść... Gale znika na moment. Po chwili wraca w kurtce, z torbą na ramieniu.
- Możemy iść-mówi. Kiedy nie ruszam się z miejsca, delikatnie łapie mnie za rękę, zmuszając tym samym do pójścia.
      Siadamy na mokrej trawie.
- Myślisz, że im się uda?-pytam nagle.
- Co się uda? Komu?
- No Katniss i Peecie. Myślisz, że wrócą?
Wzrusza ramionami.
- Kto to wie? Mają raczej marne szanse. Ci ludzie są od nich dużo lepsi.
Zerkam na buk, z którego korony widać cały dystrykt. Tata czasem mnie tu zabierał. Mama omijała to miejsce szerokim łukiem. Mówiła, że jest złe, że nie wolno mi tam chodzić. Kiedyś ludzi wieszano. A ze nie było stryczków, zawisali na drzewach. Teraz wiem czemu mama nie chciała tu przychodzić-to tutaj wieszano ludzi z Dwunastki. Tata kiedyś śpiewał jedną taką piosenkę...

poniedziałek, 3 listopada 2014

Po raz kolejny trochę poprzynudzam :)

Heeej! No to tak: Zapraszam do lajkowania strony https://www.facebook.com/jemtylkowmellarkbakery?fref=nf , jestem nową adminką (na o.próbnym) i czekam...
To tyle.
A!
Nie!
W sumie...
Pan wena jest jakiś dziki i podsyła mi same mordercze pomysły, więc póki co wciąż z nim negocjuję i nie wiem kiedy następny rozdział.
To tyle
Pa

sobota, 1 listopada 2014

I oto to coś, co miało być rozdziałem, a jest... Dobra to nje rozdział! I co?!

Eej! No! Czemu wszystkie blogi, które kocham są zawieszane? Czo? No właśnie!
Lisia weny! Wiesz, ze masz mnie, prawda? Jak coś nie tego to pisz, a nie się dławisz z rozpaczy...
Nie dołuj mnie.
I wogóle na tym moim cholernym gównie zwanym potocznie opowiadaniem nr2(sorry nie mogłam się powstrzymać) mam miniaturkę (znowu)... I jest dupnie. Zresztą ja sama jestem do dupy.
No i tego... Lisia pamiętaj!
Taaa
To chyba tyle
Nie!
Lily kocham <3 Bardziej niż ty!
Aneczoo ma (wiem, że to czytasz, bo nie daje ci o sobie zapomnieć) cb też kocham <3
I cała reszto- żyję, chyba... I może napiszę kiedyś...
To
Pa
;_;
;_;
;_;
;_;
Przepraszam...




Buziam

wtorek, 14 października 2014

Rozdział 7




Widzę wyraźnie unoszącą się dłoń Strażnika, zamykam oczy, ale nie czuję uderzenia. Słyszę tylko zduszony jęk, a po chwili odgłos upadającego ciała i szamotaniny. Strażnicy zmierzają już w tę stronę, to samo robią górnicy z naszej brygady. Strażnicy idą szybko z wyciągniętymi przed siebie pistoletami w dłoniach jednak górnicy są szybsi. Zanim zdążę się zorientować mocujący się są już rozdzieleni.
- Zjeżdżajcie stąd. Zanim przyjdzie Thread-mówi Thom.
Palce Gale'a zaciskają się na moim nadgarstku, zmuszając mnie do pójścia za nim. Nie wiem gdzie idziemy, ale ufam mu. Zwalnia dopiero na skraju miasta. Zatrzymujemy się i mogę wreszcie złapać oddech. Gale stoi odwrócony do mnie tyłem.
- Nic ci nie jest?-pyta. Wciąż na mnie nie patrzy.
- Nie. A tobie?
Wzrusza ramionami. Po co to całe przedstawienie? Oberwałabym parę razy i raczej nic poważnego by mi się nie stało. Znowu jestem na niego zła, bo mi pomógł. Potrafię sobie sama dać radę.
- Idziemy w jakieś konkretne miejsce?-pytam po chwili.
- Ty do domu.
- Możesz się odwrócić do mnie przodem?
Znowu wzrusza ramionami, ale odwraca się. Z rany nad brwią powoli sączy się krew, nic poza tym mu nie jest. Chyba. Dotykam opuszkami palców jego czoła, starając się nie ruszać rozcięcia.
- To wypadałoby odkazić- zauważam.
- Mhm.
- No to chodź.
Nie czekam na protest. Idę pewnie do domu, a Gale idzie za mną. Mama czeka w drzwiach, ona i chłopcy oglądali Dożynki na ekranach w mieście. Jest zaskoczona, kiedy widzi z kim idę, ale nic nie mówi.Siadamy przy stole. Przemywam czoło Gale'a wodą i przecieram ranę ściereczką zmoczoną w spirytusie. Syczy, ale nic poza tym. Dopiero teraz widzę jak głębokie jest rozcięcie.  
- Co jest?-pyta Gale, gdy widzi jak się krzywię. 
- Trzeba szyć.
Spogląda na mnie niepewnie. Nigdy nie zszywałam ran. To znaczy był jeden taki raz, ale już dawno. Poza tym między zszywaniem rozcięcia na ramieniu, a rozcięcia na twarzy jest zasadnicza różnica.  Wzdycha ciężko i odsuwa się od stołu.
- Jak  jeszcze bardziej rozwalisz mi czoło to uduszę-mówi zaczepnie. Uśmiecham się lekko.
- Nie będzie aż tak źle.
Nawlekam igłę i przybliżam się do niego.
- Nie mam żadnego znieczulenia. Wytrzymasz?-głupie pytanie, ale wolę nie ryzykować. Wzrusza ramionami. 

Po pięciu przeciągnięciach igłą, Gale pyta czy długo jeszcze.
- Sekunda-odpowiadam.
Problem w tym, że mówię to już mniej więcej ósmy raz. Wreszcie odcinam zbędny kawałek nici i mogę założyć bandaż. Bandaż to chyba jedyna rzecz, która prawie nigdy się u nas nie kończy. A nawet jeśli, to przy trójce chłopaków wciąż trzeba kupować nowy zapas. 
- Koniec-oznajmiam wesoło- Nie pobrudź tego, to będzie dobrze. 
- Mhm.
Odprowadzam go do drzwi. Zaczyna się ściemniać. Gale nachyla się w moją stronę.
- Dzięki-słyszę tuż przy uchu. Gale patrzy na mnie wyczekująco. Przygryzam wargę.
- Nie ma za co. To dobranoc-mówię szybko. Leevy, ty kretynko! 
Myślałam, że sie obrazi, ale on ciągle się uśmiecha.
- Cześć-mówi i odchodzi. 
No pięknie.

niedziela, 5 października 2014

Nicz nicz tylko tak sobie chcę napisać coś xD

Heeeey ludziki!!!! Wróciłam od ufolków jedzących nutelle i jestem!!! A tak przy okazji z okazji...386 wyświetleń w miesiąc chcę wam podziękować!!!! Dziękujem!!!!!!! A rozdział jest... no ok jest pół linijki, ale to już coś;) Coś tam nabazgram może
Buziam!!














czwartek, 18 września 2014

Rozdział 6




Dożynki...

Spokój. Łudząco zastępuje poczucie bezpieczeństwa, ale tylko przez chwilę. Chciałabym móc latać. Przeleciałabym nad ogrodzeniami i lasami, i nie wracałabym już nigdy do Panem. Znalazłabym sobie ciche miejsce gdzieś z dala od ludzi i żyłabym sobie w spokoju, bezpieczna. I zabrałaby jeszcze mamę, Toby'ego, Luke'a, Jeremy'ego i Gale'a... I już nikt by nam nie zagrażał. Problem w tym, że to nie jest możliwe.
- Jeszcze mamy szansę uciec-mówię praktycznie do powietrza. Gdyby ktoś mnie teraz widział pewnie powiedziałby, że oszalałam.
- Gale, możesz zejść na dół jak do ciebie mówię?-pytam zirytowana. Siedzimy na Łące od piątej rano. Ja na trawie, on na jedynym nie należącym do lasu buku. Ja ciągle mówię, on milczy albo odpowiada nieskładnie. Schodzi na niższą gałąź. Siada ze skrzyżowanymi nogami, nie wiem jak to robi, ale jeszcze ani razu nie spadł.
- Boję się-mówię jeszcze ciszej.
- Nie ma czego. W tym roku cię nie wylosują.
W tym roku będą losować z puli zwycięzców, żeby "Pokazać im, że nikt nie jest niezwycężony wobec potęgi Kapitolu".
- Boję się co będzie dalej Gale. Tylko tego.
Głupi monolog i wszechobecna cisza jeszcze nigdy nie były tak przyjemne.
- I gdzie byśmy poszli?-pyta. A bo ja wiem... Daleko.
- Za ogrodzenie, to pewne. A potem przed siebie...
Uśmiecha się słabo.
- Już od kogoś to słyszałem. Nawet całkiem niedawno.
- Różnica między mną a Katniss jest znacząca-mówię po chwili lodowato.
- Tak? A jaka?
Prycham.
- Może taka, że ja nie chcę tylko ratować swojej skóry.
- To po co chcesz uciekać?
Żebyś był pacanie bezpieczny... I wreszcie się obudził, przemyka mi przez głowę.
- Żeby nie musieć dłużej tego znosić-mówię zamiast tego- żebyśmy WSZYSCY byli bezpieczni, nie tylko ja.
- Mówiąc wszyscy masz na myśli?
- No ja, moja rodzina, ludzie z Dwunastki, ty...
Uśmiecha się z tryumfem w oczach.
- Wiedziałem, że to powiesz.
- Skąd panie jasnowidzu?
Uśmiecha się cwanie.
- Szalejesz za mną-mówi z przekonaniem. Wybucham śmiechem.
- Przejrzałeś mnie! Marzę o twoim autografie!
Gale też się śmieje.
- Zejdziesz na dół?-pytam-Głupio trochę mówić do drzewa.
- Nie. Ewentualnie ty możesz wejść na górę.
Przecież wie, że nie umiem wchodzić na drzewa, a co dopiero na nich siedzieć.
- Ale śmieszne-burczę- Jak jesteś taki mądry to mi pomóż.
Wyciąga rękę.
- Ale ja nie mówiłam poważnie!
Śmieje się.
- A ja tak. Chodź-mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu. Ostrożnie łapię jego dłoń i pozwalam pomóc sobie wejść. Jestem. Wystarczy.
- No i jestem. Możemy iść?-jesteśmy dość nisko, ale i tak się boję. Stoję na gałęzi kurczowo trzymając się pnia.
- Siadaj-słyszę. Kręcę tylko głową.
- To chodź wyżej.
Pogięło go? Węgla się nawąchał? Nigdy w życiu nie wejdę wyżej! Nie mam jednak wyboru, bo Gale już mnie za sobą ciągnie.
Gałęzie są coraz cieńsze, ale wciąż utrzymują nasz ciężar. Przez warstwę liści przebija się światło. Pięknie tu. O ile się nie mylę jesteśmy przy samiuteńkiej koronie. Przy koronie! To jakieś siedem metrów nad ziemią, jeśli nie więcej! Widząc moją minę uśmiecha się jeszcze szerzej. Ładnie wygląda kiedy się uśmiecha. Dużo lepiej niż kiedy jest taki strasznie ... poważny.
- Przestań się trzymać pnia-nalega . Chciałby. Mimo wszystko puszczam drzewo i powoli idę po gałęzi w jego stronę. Staram się nie myśleć o tym, że jestem strasznie wysoko i w każdej chwili mogę spaść, i uderzę w ziemię, i raczej nie będzie już co zbierać...
- Chcesz coś zobaczyć?-pyta.  Kiwam głową. Gale delikatnie łapie mnie w pasie i odnosi tak, że moja głowa wystaje spoza liści. Widzę Złożysko, kopalnię, a nawet część miasteczka. Nad wszystkim góruje Pałac Sprawiedliwości. Jest pięknie mimo brudu i biedy. Tylko na ulicach nie ma prawie nikogo. 
- Ślicznie-mówię, gdy z powrotem jestem na gałęzi. Powoli schodzimy na dół.
Idziemy w milczeniu do furtki mojego domu.
- Widzimy się na Placu-mówię z uśmiechem. Gale odgarnia mi grzywkę z czoła. Nawet nie zauważyłam, kiedy czarne kudły przykryły mi połowę twarzy. Czerwienię się po uszy.
- Ubierz się ładnie-mówi głucho.



Plac pełen ludzi. Na scenie Effie Trinket i dwie pule karteczek.
- Jak zwykle damy mają pierwszeństwo-recytuje i chyba sama usiłuje uwierzyć w to, że nic się nie dzieje, że jest jak zawsze. Wiadomo kto będzie trybutką. Teraz Effie miesza w puli z nazwiskami męskimi. Dam głowę, że wylosuje Peetę. Mam wrażenie, że to wszystko jest ustawione, ale zazwyczaj nie mamy pojęcia kto pojedzie na Igrzyska.
- Haymitch Abernathy-pada nazwisko. Peeta zgłasza się na trybuta. Drodzy państwo! Trybuci z Dystryktu Dwunastego! Katniss Everdeen i jej narzeczony/nienarzeczony Peeta Mellark!
Machinalnie przykładam trzy środkowe palce do ust i wyciągam rękę. To samo robi Gale i reszta mieszkańców.  Ostatnie co widzę to Strażnik Pokoju idący w moją stronę.






niedziela, 14 września 2014

Rozdział 5




Dedyk dla Lily i Lisicy(i czo? masz swojego Leja, ciesz się tylko bez pisków, kwików i co ty tam jeszcze umiesz z siebie wydawać) Snole, czekam na moje odpowiedzi!!
Buziak :**
P.S troszeczkę przewinęłam, nie krzyczeć na mła

znalazłam ostatnio. oglądaliście?
O i jeszcze to--------->
-----------------------------------------------------------------------------------------
                                        
Luke biegnie przez dziwnie ciche i puste uliczki, a ja staram się za nim nadążyć i ślizgam się po oblodzonym podłożu. Co chwila przerażającą ciszę przerywa głuchy świst, który wydaje mi się dziwnie znajomy. Ciemna czupryna brata na moment znika mi z oczu. Przepycham się przez tłum mieszkańców Dwunastki, żeby odnaleźć obu moich braci na samym przodzie, wpatrzonych jak w obrazek w to co się dzieje. Toby cały się trzęsie, Luke stoi jak zamurowany. Podnoszę wzrok i z ust wydobywa mi się zduszony okrzyk. Gale klęczy przy czymś w rodzaju pala ze związanymi rękoma. Jego plecy przypominają teraz ochłap surowego mięsa. Gwałtownie odsuwam Toby'ego i staję tak, żeby nic nie widział.
- Bierz małego i wracajcie do domu-mówię szybko do Luke'a.
- Ale...
- W tej chwili!
Posłusznie bierze Szczerbula za rękę i po chwili znika w tłumie. Chcę tam iść, zrobić cokolwiek, żeby jakoś mu pomóc. Już mam przepchać się przez resztę ludzi i wbiec na sam środek placu, gdy ktoś gwałtownie odciąga mnie w tył.
- Stój-słyszę przy uchu trochę zachrypnięty głos. Wyrywam się ze stalowego uścisku, ale zostaję na swoim miejscu.  Odwracam się tylko, żeby zobaczyć kto mi przeszkodził. Wydaje mi się, że znam tę twarz, tylko nie wiem skąd. Nagle przypominam sobie poprzednie Dożynki i pełną konsternacji minę Effie Trinket, kiedy nasz jedyny żyjący zwycięzca próbował ją wyściskać. Teraz stoi tu sobie przede mną z bezczelnym uśmieszkiem i jeszcze każe mi nic nie zrobić. No jasne, bo nie mam absolutnie żadnego powodu, żeby go nie posłuchać. Ponownie wyrywam się do biegu i ponownie zostaję odsunięta, tyle że dużo gwałtowniej niż przed chwilą.
- Stój-powtarza. Po chwili znam już powód jego zachowania. Przed mężczyzną z batem staje jakże doskonała "gwiazda" Panemu. No tak, jeśli ktoś tu ma bronić uciśnionych i odstawiać szopki przed całym krajem, to tylko ona. Po raz pierwszy wcale nie cieszę się na widok Katniss i zdaję sobie sprawę, że to jak broni Gale'a mi przeszkadza. Ale kto inny ma się znaleźć w centrum uwagi jak nie odważna, a do tego jeszcze dobra i kochająca zwyciężczyni Głodowych Igrzysk. Gdy obrywa w twarz, Haymitch staje przed nią i mówi coś do Strażnika. Po chwili jest obok niej też Peeta. Znam go, w szkole trzymaliśmy się razem aż zginął mój ojciec. Wtedy ja zostałam sama, a on dalej miał swoje grono przyjaciół. Teraz sprzecza się ze Strażnikiem i jednocześnie obejmuje załamującą się nad stanem Gale'a Katniss. Po prostu szopka miesiąca... O, coś nowego! Jedna z handlarek oddaje im swoją ladę, gdy Strażnicy odchodzą. Oprócz mnie, Haymitcha, Katniss, Gale'a, Peety i kilku górników na placu nikogo już nie ma. Strach wygrał ze współczuciem... Bristel i Thom pomagają nieść Gale'a na "noszach" ze starych zbitych desek, które imitowały ladę. Łapię Katniss za ramię.
- Odprowadzić was?-pytam cicho.
- Nie, dzięki Leevy.
No tak. Jeszcze nie daj Boże komuś innemu będą przypisywać "zasługi" wielkiej zwyciężczyni.
- Leevy !-woła za mną. Odwracam się.
- Leevy możesz powiedzieć Hazelle co się stało?
- Pewnie, że tak.
- A! Leevy niech Hazelle nie zabiera ze sobą dzieci.
Wątpię, żeby Hazelle była tak głupia. W każdym razie chyba tylko moim zdaniem nie wzięłaby ze sobą gromadki dzieci.
- Sama z nimi zostanę-oświadczam nagle. Nie chciałam tego powiedzieć. Powinnam była powiedzieć jej, żeby sama sobie szła na Złożysko i sama siedziała z dzieciakami Hazelle. Ale nie, zawsze muszę być tak cholernie uczynna dla wszystkich. W Dwunastce wszyscy są już do tego przyzwyczajeni- Potrzebujesz czegoś? Idź do Leevy, bo nawet jeśli cię nienawidzi, to ci pomoże. Biegnę w stronę Złożyska. Na mój widok Hazelle jest zdezorientowana.
- Hazelle idź do Wioski Zwycięzców. Gale podpadł nowemu Strażnikowi. Szybko!
Wychodzi, zostawiając mnie samą z przerażonymi dziećmi. Najmłodsza z trójki rodzeństwa Posy siada mi na kolanach.
- Gdzie Gale?-pyta cicho.
- Musiał coś załatwić-odpowiadam, sama zdziwiona pewnością mojego głosu-Niedługo wróci.
- To dobrze.
Opiera oo mnie swoją główkę i zasypia.

poniedziałek, 8 września 2014

Rozdział 4


****************************************************************


Wszystko gotowe, sukienka, ciastka, posprzątałam w całej kuchni, a Gale'a jak nie było, tak nie ma. Toby siedzi jak na szpilkach i co chwila wygląda przez okno. To nie w porządku z jego strony, skoro obiecał małemu.
- Chyba dziś nie przyjdzie-rzucam w powietrze. Toby odrywa oczy od okna i odwraca się do mnie przodem.
- Przyjdzie-mówi z naciskiem- Powiedział, że przyjdzie.
Mhm, już ja to widzę. Szkoda tylko, że mu obiecał, gdyby tego nie zrobił mały pewnie by się tak nie przejął.  Nagłe pukanie do drzwi sprawia, że podskakuję gwałtownie na krześle. Toby biegnie do drzwi. Przyszedł!Wchodzą do kuchni. Mały w kółko trajkocze, Gale stara się nadążać za jego pytaniami i udzielać odpowiedzi. W końcu Szczerbul puszcza dłoń Gale'a i siadają przy stole.
- Chcesz herbaty Gale?-dopiero teraz zauważa moją obecność.
- Nie dzięki-uśmiecha się leciutko. Pod jego spojrzeniem czerwienię się, aż pieką mnie policzki. Nigdy mi się to nie zdarzyło i przeraża mnie to trochę. Stawiam na stole talerz z ciastkami, starając się ukryć zdradliwe rumieńce. Kuchnia zaczyna wirować wokół mnie. Przytrzymuję się blatu, żeby nie upaść. Odsuwane od stołu krzesło delikatnie szura o podłogę. Ktoś chwyta mnie za przedramiona. To nie są ręce mojej mamy, ani żadnego z braci, te są takie... inne. Silne i ciepłe. Zaraz! Oprócz mnie i Toby'ego jest tu tylko Gale... Więc kto mnie trzyma? To już chyba oczywiste. Błagam, wszyscy tylko nie on...Powoli otwieram oczy.
- Tylko tu nie mdlej, dobra?- wygląda na zatroskanego. Siadam przy stole i stopniowo odzyskuję ostrość widzenia. 
- To nic, ja czasem mdleję-mówię beztrosko.
- A wcale, że nie!-wrzeszczy mały. Piorunuję go wzrokiem. Gale przygląda mi się badawczo.
- Na pewno wszystko dobrze?
Potwierdzam skinieniem głowy. Zapada dziwna, a zarazem dość przyjemna cisza.
- Gale miałeś mnie zabrać do lasu- przerywa milczenie Toby. 


W lesie jest cicho jak zwykle. Gale idzie z przodu, porusza się niemal bezszelestnie, podczas gdy ja co chwila się o coś potykam. Zayrzymujemy się na młej polanie. Jest zadziwiająco ciepło jak na październik. Gale pokazuje Toby'emu jak wykonać najprostsze węzły. Przysiadam się do nich i sama uważnie słucham. Po jakiejś godzinie udaje mi się zawiązać coś w rodzaju węzła. Ściemnia się, powinniśmy już wracać.

 - Dzięki-mówię, gdy jesteśmy już przy furtce mojego domu. Gale uśmiecha się.
- Nie ma za co. Widzimy się jutro.
Jutro? A no tak, w kopalni. Mimowolnie stoję w drzwiach dopóki sylwetka Gale'a nie znknie za rogiem.

LA ;*

Nio to tak: Dzięki za nominację Lily, kocham cię i twórczość twą (i tu następuje moja śmierć, gdyż Lisica czuje się zazdrosna, bo ostatnio jej tego nie mówiłam) no i w ogóle to muszę nominować conajmniej dwa blogi. Nominuję:
1.http://hogwartneverends-nieoficjalnablog.blogspot.com Nie tylko za tego jednego bloga :)) Czekam na nowy!!
2.http://igrzyskakochamiszanuje.blogspot.com Pisz dalej, bo się nudzę XD

Pytania:
1.     Twoje NAJWIĘKSZE marzenie?
hahah dużo tego :D No ie wiem, może te takie naj naj większe... O! Wiem, chciałabym...żeby moje nowe opowiadanko też było czytane czasem i komentowane, bo tą opowieść chciałabym kiedyś wydać po zakończeniu i korekcie.
 
2.     Kim se ty będziesz w przyszłości?
Se ja będę panią spycholog ee znaczy się psycholog i będę spychać ludzi z doła i depresji w jeszcze większy dół i depresję... to jest będę im pomagać zrozumieć samych siebie i poprawić swe życie czy czym tam się spychologowie zajmują.

3.     Czy wierzysz, że może istnieć równoległa rzeczywistość, w której nagie, zielone ufoludki patatajują na jednorożcach w przestworzach jednocześnie robiąc sobie tosty z księżycową Nutellą?
Ależ ja tam jeżdżę na wakacje!! Księżycowa Nutella pyszna, może ci kiedyś wyślę pocztą słoiczek XD. Właściwie to co ja i takie typki jak ty, czy Lisica robimy na tym popapranym świecie, skoro tamten równoległy jest o wiele normalniejszy?

4.     Twoja największa pasja?
Belly Dance forever!!!!!!! I jeszcze pisanie. Na punkcie tych dwóch rzeczy mam absolutnego bzika XD
 
5.     Twoje ulubione motto życiowe?
 "Jeśli szczęście do ciebie nie przyszło to znaczy , że jest wielkie i idzie małymi kroczkami."
 
6.     Kto jest dla ciebie najważniejszy?
Nie umiem ci odpowiedzieć na to pytanie.
 
7.     Czy wierzysz, że istnieje przyjaźń damsko-męska?
Da. Ale czasem jedno zaczyna kochać drugie, nierzadko bez wzajemności. Przyjaźń damsko-męska jest jak najbardziej możliwa, byle nie była to przyjaźń toksyczna jak w mym przypadku, co dotarło do mnie dopiero niedawno.
 
8.     Co uważasz na temat rosyjskiego embarga/embargo (wybierz poprawną wersję, bo jestem głupia i nie wiem jak to się pisze xd) na polskie jabłka?
Aktualnie nie mogę zostawić szanownemu P.Putinowi ogryzka, bo przez blaszkę na zębach mogę wcinać tylko wszelkiego rodzaju musy z jabłek, bądź jabłko starte, ale wydaje mi się, że to idiotyczna próba pokazania, że wszyscy są od niego zależni :p Ach jakie mondre słowa..
 
9.     Czego boisz się najbardziej?
Samotności...
10. Dlaczego prowadzisz bloga? Co Ci on daje?
 Prowadzę, bo chcę pisać i rozwijać się pod tym kątem. Jeśli mam pomysł np. na nowe opowiadanie, to piszę sobie domniemany pierwszy rozdział/prolog i zastanawiam się czy w najbliższym czasie będę mieć pomysły na kolejne , jeśli uznam że tak, to publikuję :). I dzięki temu mój chory mózg się cieszy, a ja mam co robić.
11. W jakiej pozycji odpisujesz na te pytania?
Yyy... Siedzę sobie przy ławie(meble nie przyszły) i klikam w klawiaturę, a koło mnie leży napoczęta tabliczka czekolady kokosowej (dobrze, że mama tego nie widzi, bo czekałoby mnie pranie bieżnika)Pytanko dziwne, ale dzięki temu przynajmniej wiem, że nie jestem jedyną świruską na tym świecie.

Moje Pytania do nominowanych:

1. "Życie jest zbyt krótkie by bać się spróbować"- co o tym myślisz, zgadzasz się or nie?
2. Co cię skłoniło do napisania właśnie takiej, a nie innej historii na swoim blogu?
3. Twój najbardziej chory pomysł na spędzenie piątkowego wieczoru.
4. Jakim meblem byś była, gdyby po śmierci ludzie reinkarnowali się akurat w meble?
5. Gryffindor, Slytherin, Ravenclav czy Hufflepuff? I dlaczego?
6. Masz w sobie coś z głównej bohaterki/głównego bohatera swojego opowiadania? Jeśli tak, to co?
7. Ulubiony film?
8. Lubisz żelki??? To ważne, bardzo ważne...
9. Z czym ci się kojarzą poniższe słowa:
-świeczka
-okno
-drewno
-nóż
10. Wiedziałaś/eś o moim blogu zanim cię nominowałam??
11.  Jak wygląda twój ideał rodziny?

Dobsz to ja teraz czekam na odpowiedzi, a wy piszcie XD. Idę wymyślać new rozdzialik Buziakuję i pa!



sobota, 6 września 2014

Ogłoszonko!!!!!

Hej!!! Zyję i przepraszam za nieobecność!!!! Dopiero może w poniedziałek będę mieć na nowym mieszkaniu neta :(( Teraz piszę u cioci. Liluś moja tyyy dziękii ci za nominację :** !!!!!!!! Obiecuję napisać w najbliższym czasie odpowiedzi!!! Buziaczki moje kochane, miło że ktoś mnie docenia <3
P.S Liluś wyślij mnie plis pytanja ;)) możesz u siebie, a jak nie to na mejla mego . Buziam!!

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 3

Nie znoszę wtorków, po prostu ich nienawidzę. Większość ludzi nie lubi poniedziałków, ale to właśnie wtorki są moją odwieczną zmorą. We wtorki odbywają się próby chóru szkolnego, do którego należą Toby i Luke. Mama tego dnia zazwyczaj korzysta z ich nieobecności i robi porządki, a Jeremy jej pomaga. I właśnie dlatego co wtorek po chórze zabieram ich gdzieś, gdzie nie będą mieli szans przeszkadzać mamie. Próba kończy się w tym samym czasie co zmiana w kopalni. Gale nie unika mnie, ale kiedy chcę poruszyć kwestię zapłaty za królika, momentalnie zmienia temat.  Po zakończeniu szychty wychodzi, zanim zdążę się odezwać.  W wyświechtanym kombinezonie i starych, ciężkich butach, pędzę do szkoły.  Toby stoi na trawniku razem z innymi chłopcami w jego wieku, na mój widok żegna się z kolegami i biegnie rozentuzjazmowany w moją stronę.
- A wiesz kogo przed chwilą widziałem?- pyta podekscytowany. Wzdycham teatralnie.
- A skąd mam niby wiedzieć?
Mały obdarza mnie szerokim, szczerbatym uśmiechem.
- Gale przyszedł tu po Vicka. Powiedział do mnie "cześć".
Fascynujące. Cóż za wyczyn... Jednak jeśli to teraz powiem, mały się na mnie obrazi. Czochram go po głowie. Chyba czas podciąć mu te kudły. Szczerbul wyszczerza się jeszcze bardziej.
- Gdzie Luke?- pytam, bo jak go znam, zaraz zacznie mnie wprowadzać w szczegóły jego jakże ciekawego spotkania z Gale'em. Wzrusza ramionami. Po chwili z budynku wychodzi Luke. Macham do niego, na co przewraca oczami i idzie w naszą stronę. No tak, teraz to robię mu "obciach" przed kolegami. Łapię Toby'ego za rękę. Muszę jeszcze oddać te pieniądze, ale zrobię to po małych zakupach na Ćwieku.
      Właśnie oglądam pokaźny kawałek białego materiału, gdy dociera do mnie, że od dziesięciu minut nie słyszę szczebiotu brata. Rzucam materiał na stragan i zaczynam się rozglądać. A jak coś mu się stało? Dostrzegam Luke'a i idę do niego, w nadziei, że jest przy nim Toby. Nie ma go.
- Gdzie mały?-pytam coraz bardziej przerażona. Luke wzrusza ramionami. Już mam się na niego wydrzeć, kiedy dobiega mnie pisk,a potem śmiech  Szczerbulca. Przepycham się przez kotłujących się w kolejce ludzi. Toby stoi przy stoisku Śliskiej Sae i  opowiada coś, żywo gestykulując. Kiedy zauważam z kim rozmawia, mam ochotę go udusić i odtańczyć szalony taniec szczęścia jednocześnie. Wreszcie mam okazję do zapłacenia za mięso. Staję za braciszkiem z założonymi rękoma i delikatnie szturcham go w ramię. Odwraca się, a na jego twarzy widnieje promienny uśmiech.
- Leevy, patrz kogo spotkałem-mówi wyraźnie nic nie robiąc sobie z tego, że mnie wystraszył.
- Widzę- cedzę przez zęby - Cześć Gale.
Wygląda na rozbawionego. Pierwszy raz widzę jak się uśmiecha. W sumie to nawet miło wygląda.
- Toby gdzie miałeś być?-pytam siląc się na spokój.
- No, obok ciebie-mówi wesolutko. Marszczę brwi.
- Ojej, wiem Leevy. Ale ale zobaczyłam Gale'a i pomyślałem, że trzeba ładnie podziękować za królika i...- mówi szybko na widok mojej miny.
- I dziękowałeś mu dziesięć minut, tak? Idź do Luke'a, zaraz do was przyjdę.
Gdy tylko mały się oddala, wyciągam z kieszeni garść monet. Gale odwraca się i chce odejść, ale chwytam go za ramię.
- Daj spokój-zaczyna.
- Nie. Nie chcę od nikogo żadnych prezentów, a już tym bardziej nie takich-mówię twardo. Już się nie uśmiecha, twarz ma poważną.
- Wolisz być głodna?
- Tak-odpowiadam bez zastanowienia.
- To inaczej. Wolisz, żeby oni byli głodni?-pyta, wskazując na moich braci ruchem głowy. Czerwienię się aż pieką mnie policzki. Przecież wie, że nie o to mi chodziło.
- To nie jest w żadnym razie twoja sprawa-mówię ciszej niż zamierzałam. Podnoszę wzrok i napotykam przenikliwe spojrzenie szarych oczu, otoczonych długimi rzęsami. Takie same, jak u większości  mieszkańców Złożyska, jak u mnie  i u moich braci. 
- Nie możesz po prostu wziąć pieniędzy i zapomnieć o całym zdarzeniu?-odzywa się nagle.
- Nie.
Podbiega do nas Toby. Łapie mnie za rękę i ciągnie z całej siły,
- Leevy, tam są cukierki. Kupisz mi trochę?- jęczy. Taka jest prawie każda jego reakcja na choć jedną monetę w mojej ręce.
- Toby!
- Widzisz? Chyba bardziej potrzebujesz tych pieniędzy- zauważa Gale. Toby uśmiecha się z satysfakcją. Paskudny Szczerbul, już ja sobie z nim pogadam. Mały wyszczerza się do Gale'a i ciągnie mnie do stoiska ze słodyczami. Te jego wymarzone cukierki to po prostu zabarwione sokami, drobne bryłki cukrku, w kształcie, który chyba miał przypominać okręgi, a mój braciszek patrzy na nie, jak na ósmy cud świata. Zmęczona jego błagalnym spojrzeniem, któremu akompaniuje jęczenie, w końcu kupuję woreczek "cukierków".

Luke idzie metr przed nami, Toby podskakuje, trzymając mnie za rękę, w drugiej ściska paczuszkę słodyczy. Dałby mi gwiazdkę z nieba za woreczek pseudo-cukierków. A ja chciałam na niego nawrzeszczeć...
Po pogrzebie taty, wiele osób składało nam kondolencje, których nie chciałam, przez które Toby zaczynał chlipać, a mama zaciskała usta i zamykała się w swoim świecie. Tylko od jednej osoby nie usłyszałam, jak strasznie mi współczuje. Moja wychowawczyni, Pani Wells, nie powiedziała, że muszę się trzymać, nie płakać i czekać cierpliwie, aż czas rzekomo uleczy rany. Ona tylko kazała uważnie słuchać i powiedziała mi, że to nie jest koniec wszystkiego, bo mam mamę i rodzeństwo. Powiedziała, że to są moje "promyczki życia".

Szczerbaty promyczek mojego życia nagle przypomina sobie, że miał mi coś powiedzieć.
- A nie nakrzyczysz?-upewnia sę. Znam ten ton i to doskonale. Co tym razem wymyślił? Ostatnio tak zaczął rozmowę, kiedy chciał zatrzymać sobie ptaszka z chorym skrzydełkiem dwa lata temu. Jeremy wrzeszczał, że zwierzęta powinny żyć na wolności, Toby chlipał i prosił mnie godzinami, Luke razem z nim, ja zaczęłam wrzeszczeć, że mają mi dać spokój, aż w końcu mama wyszła z pokoju, wypuściła zdrowego już ptaszka za okno i beznamiętnym tonem nas o tym poinformowała.  Patrzę na niego uważnie.
- Nie nakrzyczę. Mów.
- Trzeba będzie zrobić duże zakupy.
Czyli kolejnie "biedne i ptrzebujące" zwierzę.
- A czemu?- pytam powoli.
- No bo ja...
- Toby zaprosił do nas tego twojego chłopaka-wypala Luke. Zalewa mnie fala gorąca. Tym razem promyczek mego życia przegiął.
- To-nie-jest-mój-chłopak- Syczę wściekła- A ty?! Od kiedy to zaprasza się obcych ?! Zapytałeś chociaż, czy możesz?!- z każdym moim słowem, mały coraz bardziej się kuli.
- Mówiłaś, że nie nakrzyczysz-mówi oskarżycielsko, z ustami w podkówkę- Poza tym on wcale nie jest obcy.
Nigdy, ale to nigdy nie chcę mieć dzieci.
- Na kiedy go zaprosiłeś?
Rozpromienia się.
- Powiedział, że jak będzie miał czas, to przyjdzie jutro i może pokaże mi jak się zastawia sidła- trajkocze z zachwytem.
Jutro! Jutro! Szczerbul zaprosił go na jutro! A w domu nie mam nawet kawałka chleba! Iść na Ćwiek? Nie zdążę...  Wszystkie ciuchy albo brudne, albo w praniu!Chwila! Czym ja się tak ekscytuję?! Przecież on przychodzi do Szczerbatego, nie do mnie! Nie mam się po co stroić, ani tym bardziej przejmować czym go poczęstuję. Po prostu nasypię cukierków na talerz i tyle. Zresztą pewnie i tak wyjdą na dwór.

W domu, zupełnie nie wiem czemu, wyciągam z szafy starą, beżową sukienkę mamy. A jutro po pracy kupię jakieś ciastka.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 2

 
Dedykuję ten rozdział Lisicy, a także wszystkim, którzy to przeczytają i skomentują:)
***

- Leevy wstawaj-mama raz po raz delikatnie mną potrząsa. W końcu otwieram oczy, co się tym razem stało? Rozglądam się po pokoju. Toby leży rozciągnięty w nogach mojego łóżka, zawsze przychodzi tu kiedy nie może zasnąć. Na kanapie obok śpią Luke i Jeremy. Zegar w kącie pokoju wskazuje piątą nad ranem. Jaki dziś mamy dzień tygodnia? Szerzej otwieram oczy. Poniedziałek! Nie mogę się spóźnić pierwszego dnia, a zmiana zaczyna się o szóstej trzydzieści! Błyskawicznie wyskakuję spod kołdry, strącając ją przy okazji z łóżka. Mama marszczy brwi na widok zaschniętego błota na prześcieradle i wymiętego ubrania, w którym spałam. Nie mogę jej powiedzieć o tym co się stało wczoraj w lesie, bo więcej mnie tam nie puści. Spłukuję się szybko lodowatą wodą i naciągam nieco za duży kombinezon na wilgotną skórę. Wyglądam jak każda inna dziewczyna ze Złożyska. Mam szare oczy, czarne włosy, stare, połatane ubrania i jestem przeraźliwie chuda. Staram się jak najdokładniej rozczesać splatane włosy i związuję je w luźny kok nad karkiem. Kilka kosmyków zwija się koło uszu, ale nie będę teraz poprawiać fryzury.
      Wyciągam z kredensu stary chlebak taty, nie mam czasu na śniadanie. Pakuję kilka kromek chleba i kawałek sera. Jestem gotowa do wyjścia.
- Tylko uważaj-mówi mama z troską. Boi się, że coś mi się stanie. Można by pomyśleć, że jako najstarsza z rodzeństwa nigdy nie byłam rozpieszczana, ale jest wręcz przeciwnie. Jako jedyna dziewczyna zawsze doświadczałam najwięcej miłości ze strony mamy. Nigdy nie pozwalała mi wykonywać czynności ponad moje siły, wyręczała mnie w wielu obowiązkach. kiedy zachorowała owszem, musiałam przejąć jej rolę, ale nigdy się nie skarżyłam. Cmokam ją pobieżnie w policzek i wychodzę.
      Chłodne, rześkie powietrze mnie rozbudza. Kopalnia nie znajduję się daleko, więc po dwudziestu minutach jestem na miejscu. Za dziesięć minut zaczyna się druga zmiana.  Kadrowy mierzy mnie badawczym wzrokiem, ale po chwili podaje mi hełm i lampę.  Razem z innymi wchodzę do sporej windy.  Mam zjechać na sam dół, gdzie będę pracować przy przenoszeniu wiader z węglem do wagoników kolejki.
      Wyobrażenie maszyn, wykonujących całą pracę zupełnie nie pasuje do naszej kopalni.  Bardziej adekwatne do pracy tutaj są obrazki, przedstawiające ludzi w starych kombinezonach, łupiących w skały kilofami. Największym luksusem jest ostatnio zakupiona kolejka, przewożąca górników i węgiel. Wychodzę z windy i idę za resztą górników. W porównaniu do ich obowiązków, moją pracę można porównać z myciem naczyń. Mam tylko nosić wiaderka do wagoników i z powrotem. To chyba nawet nie jest męczące,myślę.
      Już przy pierwszym wypełnionym węglem wiaderku uświadamiam sobie, jak bardzo się myliłam. Jest mi gorąco, wiaderko jest strasznie ciężkie, cały kombinezon mam w pyle, a w nosie i ustach czuję nieprzyjemne pieczenie. Mimo wszystko jestem na tyle zaabsorbowana pracą, że nie zwracam uwagi na bolące coraz bardziej ramiona.

Dzwonek, oznajmiający koniec zmiany brzmi w moich uszach jak najcudowniejsza muzyka. Która to godzina? Na pewno po południu. Zerkam na pusty chlebak, w ciągu ośmiu godzin pochłonęłam całe śniadanie. mam ochotę odtańczyć dziki taniec szczęścia, na widok miednic z wodą, kostek szarego mydła i szczotek, stojących na stołach. Łapię pierwszą z brzegu szczotkę i zaczynam z determinacją zeskrobywać sadzę z dłoni. Twarde włosie szczotki skutecznie usuwa nie tylko brud, ale i zdziera skórę i po kilku minutach szorowania mam kompletnie pokaleczone ręce.
      - Pierwszy dzień w kopalni,a już ma ręce jak stary górnik- śmieje się jeden z członków brygady, Thom. Na widok jego pokrytej pyłem twarzy też mam ochotę się roześmiać.
- Ale ja przynajmniej nie brzydzę się wody i mydła- mówię ze śmiechem. Udaje obrażonego, ale po chwili znowu wybucha śmiechem. Wtóruje mu reszta brygady.
- Słyszeliście? Leevy jednak umie mówić!
Czerwienię się gwałtownie.  Niebieskooki górnik, Bristel szturcha mnie w ramię.
- Nie przejmuj się. Jak będą mieli ciuchy do pozszywania, to nie będą już tacy dowcipni. A właśnie! Wstąp do mnie po pracy. Mam cały kosz podziurawionych rzeczy.
      Zaledwie kończy zdanie, dziki tłum rzuca się z prośbami o zacerowanie lub uszycie czegoś. Bristel uśmiecha się zadowolony.
- A nie mówiłem?- w niebieskich oczach migoczą wesołe iskierki. Lubię go, dzięki niemu zawsze mam co robić, a przy okazji zarobię trochę pieniędzy.
- Hej Bristel! Nie podrywaj naszej Leevy!- krzyczy ktoś z tłumu.  Kręcę głową z politowaniem. Nikt ze sprawnym wzrokiem by mnie nie podrywał. A już zwłaszcza nie on. Wszyscy wiedzą, że podkochuje się w córce właścicieli sklepu warzywnego, Alice, a takie żarty sprawiają, że purpurowieje na twarzy.
      Wracam do domu z naręczem ubrań do zszycia i szerokim uśmiechem na twarzy.
- Ej, czekaj!- krzyczy ktoś za mną. Odwracam się, zastanawiając kto to może być. Już gdzieś słyszałam ten głos. Gale!
- Tak?-pytam uprzejmie. Pierwszy raz pojawia się okazja do rozmowy z nim. Znika za drzwiami domu, ale za chwilę pojawia się na podwórku z martwym królikiem w ręce.
- Złapał się w twoje wnyki- mówi, wręczając mi zwierzę. Jestem pewna, że królik wcale nie złapał się w zastawioną przeze mnie namiastkę pułapki. Tylko skąd on wie, że zastawiałam wnyki? Przypomina mi się wczorajsze wydarzenie i szkarłatny rumieniec oblewa moje policzki. Ależ ze mnie kretynka! Po tym jak uciekałam przed nim jak oparzona w lesie, daje mi upolowanego rzekomo przeze mnie królika. Zaraz zaraz! On się nade mną najzwyczajniej w świecie lituje! Gale Hawthorne, jeden z najbiedniejszych mieszkańców Złożyska, daje biednej, wychudzonej Leevy królika, bo ona sama nie potrafi sobie upolować jedzenia. Wyciągam z kieszeni kilka monet, ale odsuwa moją dłoń.
      - Uwierz mi, stać mnie na jedzenie-mówię, spoglądając na niego z wyższością.
- Wiem-mówi, ale nie bierze pieniędzy. Trudno, najwyżej dam je jego bratu, Rory'emu jeśli go spotkam, albo Hazelle. Jestem na niego zła, bo czuję się gorsza, kiedy ktoś prawie zupełnie obcy nagle mi coś daje. 

Trzaskam drzwiami wejściowymi. W kuchni bez słowa zaczynam obrabiać królika.  Jeremy przygląda się mięsu z zachwytem, czym niezmiernie mnie drażni. Zawsze patrzy na jedzenie tak, jakby nigdy nie miał nic w ustach.
      - Skąd go masz?- mama przygląda mi się badawczo.
- Dostałam- mówię szybko.
- Od?
Od Świętego Mikołaja! Pyta, jakby nie wiedziała kto chodzi do lasu na łowy.
- Od Gale'a  Hawthorne'a - burczę.  Mama unosi brwi, ale uśmiecha się z aprobatą.

      - Miły chłopak z tego Gale'a- mówi mama, kiedy stawiam na stole garnek z gulaszem. O tak, bardzo miły.
- Nie wiedziałam, że  utrzymujecie jakieś kontakty-drąży.
- Bo nie utrzymujemy- ucinam.  Tak jest zawsze, kiedy mówię jej o jakimś chłopaku. Od razu chce wiedzieć wszystko i dam głowę, że wyobraża sobie mnie biorącą z danym osobnikiem ślub. Kiedyś zapytała mnie, co jest między mną, a Clausem, chłopakiem z miasta. Między mną, a nim było naprawdę głębokie uczucie, a mianowicie, kupował ode mnie ser w każdą sobotę. Jem najszybciej jak mogę, żeby odejść wreszcie od stołu.  Właśnie zarobiłam sobie kolejny dług, tym razem u chłopaka, z którym rozmawiałam zaledwie dwa razy w życiu.  Może i to dziwne, w końcu wściekam się, bo dał mi królika, ale nie lubię litości i współczucia. Nie znoszę jak ludzie dają mi cokolwiek za darmo. Mam wtedy wrażenie, że robią to, bo uważają mnie w pewnym sensie za gorszą od siebie. Jutro oddam Gale'owi pieniądze za królika. Koniec, kropka.

Rozdział 1



    


      Tłum mieszkańców Dwunastego Dystryktu krótko oklaskuje tegorocznych zwycięzców. Stoję sztywno wśród nich, ściskając spoconą dłoń Toby’ego. Wygrała, dudni mi w uszach to jedno jedyne słowo. Katniss Everdeen, moją sąsiadka, od której często kupowałam mięso, można by powiedzieć nawet, moja bliska znajoma. Dorastałyśmy razem, jak większość dzieciaków ze Złożyska, chodziłyśmy do jednej klasy. Co prawda nie rozmawiałyśmy często, głównie dlatego, że Katniss to raczej typ outsiderki. Ale z drugiej strony, ja też nigdy nie otaczałam się gromadką przyjaciół. Jednak po śmierci ojca, Katniss podrzucała mi zawsze część upolowanej przez siebie zwierzyny. Początkowo nie miałam nawet czym jej płacić, aż pewnego dnia odważyłam się i poszłam do lasu, gdzie znalazłam dziką barć.  W zamian za miód i trudno dostępne zioła, otrzymywałam mięso. Z czasem nauczyłam się szyć, a sprzedaż ubrań i pościeli przynosiła jakie takie zyski. Trzy lata temu, tuż przed Dożynkami, udało mi się za część oszczędności kupić dwie kozy i paczkę jakiś nasion. Wróciłam do domu bogatsza o dwa chude zwierzęta i woreczek suchych ziarenek. Po zasadzeniu okazało się, że to ziarna fasoli. Problem wiecznie głodnych brzuchów został rozwiązany.  Oprócz tego co uszyłam, sprzedawałam kozie mleko, sery, a część plonów wymieniałam na takie rarytasy jak cukier, czy prawdziwy chleb, wcale nie podobny do zakalcowatego placka z przydziału zbożowego. Dzięki odpowiedniemu żywieniu i lekom, mama zaczęła wracać do zdrowia. Któregoś dnia była na tyle silna, żeby zacząć sprzątać dom, innego gotowała, aż w końcu wróciła do dawnych obowiązków. I właśnie wtedy Toby, mój najmłodszy brat zachorował na odrę. . Lata głodu i niewystarczające warunki higieny, znacznie osłabiły odporność mojego rodzeństwa.  Gdyby nie szybka pomoc matki Katniss, pewnie by nie przeżył. Nie znoszę mieć długów, a właśnie  wtedy stałam się dłużniczką Katniss i jej mamy.
      Teraz witam ją, jako zwyciężczynię siedemdziesiątych czwartych Głodowych Igrzysk. Pewnie nie będzie już mieszkać na Złożysku. Dostanie duży dom w Wiosce Zwycięzców i będzie jedną z najbogatszych mieszkańców Dwunastki.  Nie będzie musiała szukać pracy po osiemnastych urodzinach, ani nigdy więcej prosić o jedzenie. Kiedy mama wyzdrowiała, mogłam się rozejrzeć za porządną pracą. Tylko że praktycznie nikt nie potrzebuje pracowników. Wszyscy kupcy starają się jak mogą, żeby jak najwięcej zaoszczędzić i co za tym idzie, rzadko kiedy przyjmują pracowników, nawet na krótko. Jedynym miejscem, gdzie przyjmują wszystkich chętnych do pracy, jest kopalnia. Nie bardzo nadaję się do racy przy wydobyciu węgla, bo jestem dość niska i koścista. Kiedy zarządca kopalni przyjrzał się uważnie mojej drobnej budowie i wystającym żebrom, widocznym nawet spod koszuli, uśmiechnął się z zakłopotaniem. Widząc jednak moje niemal błagalnie spojrzenie, uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział:
      - Cóż, każda para rąk się nam przyda.
  Rozpływając się z dumy, wróciłam do domu. Mama była przerażona, gdy powiedziałam gdzie będę pracować. Tata zginął w kopalni sześć lat temu, przygnieciony przez spory kawał ściany. Dwa lata później w wyniku wybuchu zginęła masa górników, w tym ojciec Katniss i po raz pierwszy cieszyłam się, że tata nie został rozerwany na strzępy, tylko przygnieciony.
      Od śmierci ojca, mama kategorycznie zabraniała nam rozmów na temat kopalni. Czasem, gdy się z nią kłóciłam, specjalnie opowiadałam o katastrofach górniczych, żeby zrobić jej na złość. Zamykała się wtedy w pokoju i nie rozmawiała ze mną, dopóki nie targnęły mną wyrzuty sumienia i jej nie przeprosiłam.  Przerażałam ją często tym, co opowiadałam o Dwunastym Dystrykcie, rządzących i wszechobecnym głodzie i chorobom. Z czasem nauczyłam się siedzieć cicho, bo dotarło do mnie, że przez moje słowa moglibyśmy mieć kłopoty. Właściwie to poza zwykłymi uprzejmościami, wymienianymi na ulicach i Ćwieku, rzadko się odzywam.  Tylko nieliczni, którym ufam, wiedzą o mojej gadatliwości.

      Plac powoli pustoszeje. Jeśli nie wrócimy przed zmierzchem, mama zacznie się martwić. Odciągam Toby’ego od witryny cukierni, pełnej różnorodnych lizaków i bogato zdobionych tortów. Kiedy byłam młodsza, często chodziłam przed tę witrynę, żeby napaść oczy widokiem cukrowych różyczek i innych słodkości.  Idziemy przez puste ulice, czasem zatrzymując się, bo mały twierdzi, że musi odpocząć. W zasadzie nie wiem dlaczego dzisiaj tak szybko się męczy, a już tym bardziej nie wiem po co,  co chwila się za siebie ogląda.  Przed samym domem zauważam mieszkającego obok nas chłopaka.  Dopiero teraz go dostrzegłam, a chyba szedł za nami od placu. Witamy się krótkim skinieniem głowy. Gale Hawthorne, najstarszy syn Hazelle, której czasem daję pościel i ubrania do uprania. Podobnie jak ja, zaczyna teraz pracę w kopalni. Jest ode mnie dwa lata starszy, wysoki i muskularny, dzięki czemu większość dziewczyn ze szkoły wodzi za nim oczami. On jednak zdaje się tego nie zauważać. Nie jest jednym z popisujących się przed innymi chłopaków. Sam utrzymuje pięcioosobową rodzinę, poluje w lesie, czasem sprzedaje mięso na Ćwieku, a teraz zacznie pracę, dzięki której pewnie będzie im łatwiej wiązać koniec z końcem. Czasem przychodzę do jego rodzeństwa, gdy Hazelle u kogoś sprząta, a nimi nie ma się kto zająć.
      Zawsze marzyłam o siostrze, więc opieka nad pięcioletnią Posy sprawia mi przyjemność. Powinnam się cieszyć, bo narodziny jeszcze jednego dziecka oznaczałyby opiekę nad trzema chłopakami, chora mamą i niemowlakiem, a wtedy na pewno zabrano by nas do domu komunalnego.
      W domu wpycham umorusanego brata do łazienki, a sama zaczynam nakrywać do stołu. Wczoraj zebrałam na łące całe wiaderko mniszków i dziś na kolację będą resztki mniszkowej sałatki.
Mama jak zwykle tylko rozdziubuje jedzenie na talerzu i od czasu do czasu wkłada odrobinę do ust. Jeremy i Lucas nie chcą jeść, ale przykre ssanie w żołądku zmusza ich do przełknięcia chociaż jednej porcji. Tylko Toby, lizus jakich mało, zachwala każdy kęs i prosi o dokładkę. Przypuszczam, że mimo jego „apetytu”, sałatką pożywią się kozy.
      Katniss parę lat temu nauczyła mnie zastawiać najprostszy rodzaj wnyków, ale boję się iść sama do lasu. Trudno, nie mam wyboru.

Najciszej jak potrafię, idę przez las, zdana jedynie na intuicję. Trochę ciężko rozkładać wnyki po ciemku. Na dźwięk czyiś ledwo słyszalnych kroków, porzucam wnyki i biegnę na oślep.  Kroki również przyśpieszają, mimo to wciąż nie mam pojęcia kto poza mną jest w lesie. A jeśli to któryś Strażnik Pokoju? Nagle wpadam na kogoś z impetem.  Mam zamiar krzyknąć, ale  dłoń zakrywa mi usta, druga ręka jest zaciśnięta na moim przegubie.
      - Co tu robisz?-odzywa się w ciemnościach głos. Dam sobie głowę uciąć, że skądś go znam.
- Z-zastawiam wnyki-genialnie. Jeśli to Strażnik, to mam zapewnioną karę za kłusownictwo. Po co ja szłam do tego lasu?  Ucisk w okolicy przegubu zwalnia się.
      - Zastawiasz wnyki w stawie?
W stawie? Dopiero po chwili dostrzegam zarys stawu.  Jeszcze kilka kroków, a wpadłabym do wody. Czerwienię się, dobrze że jest ciemno, jeszcze by to zauważył.
- No to zmykaj- ręka mnie puszcza.

Jakimś cudem docieram do ogrodzenia. Potem biegnę do domu. Rzucam się na łóżko w ubraniu i pokrytych ziemią butach, i nakrywam kołdrą po brodę.