Widzę wyraźnie unoszącą się dłoń Strażnika, zamykam oczy, ale nie czuję uderzenia. Słyszę tylko zduszony jęk, a po chwili odgłos upadającego ciała i szamotaniny. Strażnicy zmierzają już w tę stronę, to samo robią górnicy z naszej brygady. Strażnicy idą szybko z wyciągniętymi przed siebie pistoletami w dłoniach jednak górnicy są szybsi. Zanim zdążę się zorientować mocujący się są już rozdzieleni.
- Zjeżdżajcie stąd. Zanim przyjdzie Thread-mówi Thom.
Palce Gale'a zaciskają się na moim nadgarstku, zmuszając mnie do pójścia za nim. Nie wiem gdzie idziemy, ale ufam mu. Zwalnia dopiero na skraju miasta. Zatrzymujemy się i mogę wreszcie złapać oddech. Gale stoi odwrócony do mnie tyłem.
- Nic ci nie jest?-pyta. Wciąż na mnie nie patrzy.
- Nie. A tobie?
Wzrusza ramionami. Po co to całe przedstawienie? Oberwałabym parę razy i raczej nic poważnego by mi się nie stało. Znowu jestem na niego zła, bo mi pomógł. Potrafię sobie sama dać radę.
- Idziemy w jakieś konkretne miejsce?-pytam po chwili.
- Ty do domu.
- Możesz się odwrócić do mnie przodem?
Znowu wzrusza ramionami, ale odwraca się. Z rany nad brwią powoli sączy się krew, nic poza tym mu nie jest. Chyba. Dotykam opuszkami palców jego czoła, starając się nie ruszać rozcięcia.
- To wypadałoby odkazić- zauważam.
- Mhm.
- No to chodź.
Nie czekam na protest. Idę pewnie do domu, a Gale idzie za mną. Mama czeka w drzwiach, ona i chłopcy oglądali Dożynki na ekranach w mieście. Jest zaskoczona, kiedy widzi z kim idę, ale nic nie mówi.Siadamy przy stole. Przemywam czoło Gale'a wodą i przecieram ranę ściereczką zmoczoną w spirytusie. Syczy, ale nic poza tym. Dopiero teraz widzę jak głębokie jest rozcięcie.
- Co jest?-pyta Gale, gdy widzi jak się krzywię.
- Trzeba szyć.
Spogląda na mnie niepewnie. Nigdy nie zszywałam ran. To znaczy był jeden taki raz, ale już dawno. Poza tym między zszywaniem rozcięcia na ramieniu, a rozcięcia na twarzy jest zasadnicza różnica. Wzdycha ciężko i odsuwa się od stołu.
- Jak jeszcze bardziej rozwalisz mi czoło to uduszę-mówi zaczepnie. Uśmiecham się lekko.
- Nie będzie aż tak źle.
Nawlekam igłę i przybliżam się do niego.
- Nie mam żadnego znieczulenia. Wytrzymasz?-głupie pytanie, ale wolę nie ryzykować. Wzrusza ramionami.
Po pięciu przeciągnięciach igłą, Gale pyta czy długo jeszcze.
- Sekunda-odpowiadam.
Problem w tym, że mówię to już mniej więcej ósmy raz. Wreszcie odcinam zbędny kawałek nici i mogę założyć bandaż. Bandaż to chyba jedyna rzecz, która prawie nigdy się u nas nie kończy. A nawet jeśli, to przy trójce chłopaków wciąż trzeba kupować nowy zapas.
- Koniec-oznajmiam wesoło- Nie pobrudź tego, to będzie dobrze.
- Mhm.
Odprowadzam go do drzwi. Zaczyna się ściemniać. Gale nachyla się w moją stronę.
- Dzięki-słyszę tuż przy uchu. Gale patrzy na mnie wyczekująco. Przygryzam wargę.
- Nie ma za co. To dobranoc-mówię szybko. Leevy, ty kretynko!
Myślałam, że sie obrazi, ale on ciągle się uśmiecha.
- Cześć-mówi i odchodzi.
No pięknie.