sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 3

Nie znoszę wtorków, po prostu ich nienawidzę. Większość ludzi nie lubi poniedziałków, ale to właśnie wtorki są moją odwieczną zmorą. We wtorki odbywają się próby chóru szkolnego, do którego należą Toby i Luke. Mama tego dnia zazwyczaj korzysta z ich nieobecności i robi porządki, a Jeremy jej pomaga. I właśnie dlatego co wtorek po chórze zabieram ich gdzieś, gdzie nie będą mieli szans przeszkadzać mamie. Próba kończy się w tym samym czasie co zmiana w kopalni. Gale nie unika mnie, ale kiedy chcę poruszyć kwestię zapłaty za królika, momentalnie zmienia temat.  Po zakończeniu szychty wychodzi, zanim zdążę się odezwać.  W wyświechtanym kombinezonie i starych, ciężkich butach, pędzę do szkoły.  Toby stoi na trawniku razem z innymi chłopcami w jego wieku, na mój widok żegna się z kolegami i biegnie rozentuzjazmowany w moją stronę.
- A wiesz kogo przed chwilą widziałem?- pyta podekscytowany. Wzdycham teatralnie.
- A skąd mam niby wiedzieć?
Mały obdarza mnie szerokim, szczerbatym uśmiechem.
- Gale przyszedł tu po Vicka. Powiedział do mnie "cześć".
Fascynujące. Cóż za wyczyn... Jednak jeśli to teraz powiem, mały się na mnie obrazi. Czochram go po głowie. Chyba czas podciąć mu te kudły. Szczerbul wyszczerza się jeszcze bardziej.
- Gdzie Luke?- pytam, bo jak go znam, zaraz zacznie mnie wprowadzać w szczegóły jego jakże ciekawego spotkania z Gale'em. Wzrusza ramionami. Po chwili z budynku wychodzi Luke. Macham do niego, na co przewraca oczami i idzie w naszą stronę. No tak, teraz to robię mu "obciach" przed kolegami. Łapię Toby'ego za rękę. Muszę jeszcze oddać te pieniądze, ale zrobię to po małych zakupach na Ćwieku.
      Właśnie oglądam pokaźny kawałek białego materiału, gdy dociera do mnie, że od dziesięciu minut nie słyszę szczebiotu brata. Rzucam materiał na stragan i zaczynam się rozglądać. A jak coś mu się stało? Dostrzegam Luke'a i idę do niego, w nadziei, że jest przy nim Toby. Nie ma go.
- Gdzie mały?-pytam coraz bardziej przerażona. Luke wzrusza ramionami. Już mam się na niego wydrzeć, kiedy dobiega mnie pisk,a potem śmiech  Szczerbulca. Przepycham się przez kotłujących się w kolejce ludzi. Toby stoi przy stoisku Śliskiej Sae i  opowiada coś, żywo gestykulując. Kiedy zauważam z kim rozmawia, mam ochotę go udusić i odtańczyć szalony taniec szczęścia jednocześnie. Wreszcie mam okazję do zapłacenia za mięso. Staję za braciszkiem z założonymi rękoma i delikatnie szturcham go w ramię. Odwraca się, a na jego twarzy widnieje promienny uśmiech.
- Leevy, patrz kogo spotkałem-mówi wyraźnie nic nie robiąc sobie z tego, że mnie wystraszył.
- Widzę- cedzę przez zęby - Cześć Gale.
Wygląda na rozbawionego. Pierwszy raz widzę jak się uśmiecha. W sumie to nawet miło wygląda.
- Toby gdzie miałeś być?-pytam siląc się na spokój.
- No, obok ciebie-mówi wesolutko. Marszczę brwi.
- Ojej, wiem Leevy. Ale ale zobaczyłam Gale'a i pomyślałem, że trzeba ładnie podziękować za królika i...- mówi szybko na widok mojej miny.
- I dziękowałeś mu dziesięć minut, tak? Idź do Luke'a, zaraz do was przyjdę.
Gdy tylko mały się oddala, wyciągam z kieszeni garść monet. Gale odwraca się i chce odejść, ale chwytam go za ramię.
- Daj spokój-zaczyna.
- Nie. Nie chcę od nikogo żadnych prezentów, a już tym bardziej nie takich-mówię twardo. Już się nie uśmiecha, twarz ma poważną.
- Wolisz być głodna?
- Tak-odpowiadam bez zastanowienia.
- To inaczej. Wolisz, żeby oni byli głodni?-pyta, wskazując na moich braci ruchem głowy. Czerwienię się aż pieką mnie policzki. Przecież wie, że nie o to mi chodziło.
- To nie jest w żadnym razie twoja sprawa-mówię ciszej niż zamierzałam. Podnoszę wzrok i napotykam przenikliwe spojrzenie szarych oczu, otoczonych długimi rzęsami. Takie same, jak u większości  mieszkańców Złożyska, jak u mnie  i u moich braci. 
- Nie możesz po prostu wziąć pieniędzy i zapomnieć o całym zdarzeniu?-odzywa się nagle.
- Nie.
Podbiega do nas Toby. Łapie mnie za rękę i ciągnie z całej siły,
- Leevy, tam są cukierki. Kupisz mi trochę?- jęczy. Taka jest prawie każda jego reakcja na choć jedną monetę w mojej ręce.
- Toby!
- Widzisz? Chyba bardziej potrzebujesz tych pieniędzy- zauważa Gale. Toby uśmiecha się z satysfakcją. Paskudny Szczerbul, już ja sobie z nim pogadam. Mały wyszczerza się do Gale'a i ciągnie mnie do stoiska ze słodyczami. Te jego wymarzone cukierki to po prostu zabarwione sokami, drobne bryłki cukrku, w kształcie, który chyba miał przypominać okręgi, a mój braciszek patrzy na nie, jak na ósmy cud świata. Zmęczona jego błagalnym spojrzeniem, któremu akompaniuje jęczenie, w końcu kupuję woreczek "cukierków".

Luke idzie metr przed nami, Toby podskakuje, trzymając mnie za rękę, w drugiej ściska paczuszkę słodyczy. Dałby mi gwiazdkę z nieba za woreczek pseudo-cukierków. A ja chciałam na niego nawrzeszczeć...
Po pogrzebie taty, wiele osób składało nam kondolencje, których nie chciałam, przez które Toby zaczynał chlipać, a mama zaciskała usta i zamykała się w swoim świecie. Tylko od jednej osoby nie usłyszałam, jak strasznie mi współczuje. Moja wychowawczyni, Pani Wells, nie powiedziała, że muszę się trzymać, nie płakać i czekać cierpliwie, aż czas rzekomo uleczy rany. Ona tylko kazała uważnie słuchać i powiedziała mi, że to nie jest koniec wszystkiego, bo mam mamę i rodzeństwo. Powiedziała, że to są moje "promyczki życia".

Szczerbaty promyczek mojego życia nagle przypomina sobie, że miał mi coś powiedzieć.
- A nie nakrzyczysz?-upewnia sę. Znam ten ton i to doskonale. Co tym razem wymyślił? Ostatnio tak zaczął rozmowę, kiedy chciał zatrzymać sobie ptaszka z chorym skrzydełkiem dwa lata temu. Jeremy wrzeszczał, że zwierzęta powinny żyć na wolności, Toby chlipał i prosił mnie godzinami, Luke razem z nim, ja zaczęłam wrzeszczeć, że mają mi dać spokój, aż w końcu mama wyszła z pokoju, wypuściła zdrowego już ptaszka za okno i beznamiętnym tonem nas o tym poinformowała.  Patrzę na niego uważnie.
- Nie nakrzyczę. Mów.
- Trzeba będzie zrobić duże zakupy.
Czyli kolejnie "biedne i ptrzebujące" zwierzę.
- A czemu?- pytam powoli.
- No bo ja...
- Toby zaprosił do nas tego twojego chłopaka-wypala Luke. Zalewa mnie fala gorąca. Tym razem promyczek mego życia przegiął.
- To-nie-jest-mój-chłopak- Syczę wściekła- A ty?! Od kiedy to zaprasza się obcych ?! Zapytałeś chociaż, czy możesz?!- z każdym moim słowem, mały coraz bardziej się kuli.
- Mówiłaś, że nie nakrzyczysz-mówi oskarżycielsko, z ustami w podkówkę- Poza tym on wcale nie jest obcy.
Nigdy, ale to nigdy nie chcę mieć dzieci.
- Na kiedy go zaprosiłeś?
Rozpromienia się.
- Powiedział, że jak będzie miał czas, to przyjdzie jutro i może pokaże mi jak się zastawia sidła- trajkocze z zachwytem.
Jutro! Jutro! Szczerbul zaprosił go na jutro! A w domu nie mam nawet kawałka chleba! Iść na Ćwiek? Nie zdążę...  Wszystkie ciuchy albo brudne, albo w praniu!Chwila! Czym ja się tak ekscytuję?! Przecież on przychodzi do Szczerbatego, nie do mnie! Nie mam się po co stroić, ani tym bardziej przejmować czym go poczęstuję. Po prostu nasypię cukierków na talerz i tyle. Zresztą pewnie i tak wyjdą na dwór.

W domu, zupełnie nie wiem czemu, wyciągam z szafy starą, beżową sukienkę mamy. A jutro po pracy kupię jakieś ciastka.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 2

 
Dedykuję ten rozdział Lisicy, a także wszystkim, którzy to przeczytają i skomentują:)
***

- Leevy wstawaj-mama raz po raz delikatnie mną potrząsa. W końcu otwieram oczy, co się tym razem stało? Rozglądam się po pokoju. Toby leży rozciągnięty w nogach mojego łóżka, zawsze przychodzi tu kiedy nie może zasnąć. Na kanapie obok śpią Luke i Jeremy. Zegar w kącie pokoju wskazuje piątą nad ranem. Jaki dziś mamy dzień tygodnia? Szerzej otwieram oczy. Poniedziałek! Nie mogę się spóźnić pierwszego dnia, a zmiana zaczyna się o szóstej trzydzieści! Błyskawicznie wyskakuję spod kołdry, strącając ją przy okazji z łóżka. Mama marszczy brwi na widok zaschniętego błota na prześcieradle i wymiętego ubrania, w którym spałam. Nie mogę jej powiedzieć o tym co się stało wczoraj w lesie, bo więcej mnie tam nie puści. Spłukuję się szybko lodowatą wodą i naciągam nieco za duży kombinezon na wilgotną skórę. Wyglądam jak każda inna dziewczyna ze Złożyska. Mam szare oczy, czarne włosy, stare, połatane ubrania i jestem przeraźliwie chuda. Staram się jak najdokładniej rozczesać splatane włosy i związuję je w luźny kok nad karkiem. Kilka kosmyków zwija się koło uszu, ale nie będę teraz poprawiać fryzury.
      Wyciągam z kredensu stary chlebak taty, nie mam czasu na śniadanie. Pakuję kilka kromek chleba i kawałek sera. Jestem gotowa do wyjścia.
- Tylko uważaj-mówi mama z troską. Boi się, że coś mi się stanie. Można by pomyśleć, że jako najstarsza z rodzeństwa nigdy nie byłam rozpieszczana, ale jest wręcz przeciwnie. Jako jedyna dziewczyna zawsze doświadczałam najwięcej miłości ze strony mamy. Nigdy nie pozwalała mi wykonywać czynności ponad moje siły, wyręczała mnie w wielu obowiązkach. kiedy zachorowała owszem, musiałam przejąć jej rolę, ale nigdy się nie skarżyłam. Cmokam ją pobieżnie w policzek i wychodzę.
      Chłodne, rześkie powietrze mnie rozbudza. Kopalnia nie znajduję się daleko, więc po dwudziestu minutach jestem na miejscu. Za dziesięć minut zaczyna się druga zmiana.  Kadrowy mierzy mnie badawczym wzrokiem, ale po chwili podaje mi hełm i lampę.  Razem z innymi wchodzę do sporej windy.  Mam zjechać na sam dół, gdzie będę pracować przy przenoszeniu wiader z węglem do wagoników kolejki.
      Wyobrażenie maszyn, wykonujących całą pracę zupełnie nie pasuje do naszej kopalni.  Bardziej adekwatne do pracy tutaj są obrazki, przedstawiające ludzi w starych kombinezonach, łupiących w skały kilofami. Największym luksusem jest ostatnio zakupiona kolejka, przewożąca górników i węgiel. Wychodzę z windy i idę za resztą górników. W porównaniu do ich obowiązków, moją pracę można porównać z myciem naczyń. Mam tylko nosić wiaderka do wagoników i z powrotem. To chyba nawet nie jest męczące,myślę.
      Już przy pierwszym wypełnionym węglem wiaderku uświadamiam sobie, jak bardzo się myliłam. Jest mi gorąco, wiaderko jest strasznie ciężkie, cały kombinezon mam w pyle, a w nosie i ustach czuję nieprzyjemne pieczenie. Mimo wszystko jestem na tyle zaabsorbowana pracą, że nie zwracam uwagi na bolące coraz bardziej ramiona.

Dzwonek, oznajmiający koniec zmiany brzmi w moich uszach jak najcudowniejsza muzyka. Która to godzina? Na pewno po południu. Zerkam na pusty chlebak, w ciągu ośmiu godzin pochłonęłam całe śniadanie. mam ochotę odtańczyć dziki taniec szczęścia, na widok miednic z wodą, kostek szarego mydła i szczotek, stojących na stołach. Łapię pierwszą z brzegu szczotkę i zaczynam z determinacją zeskrobywać sadzę z dłoni. Twarde włosie szczotki skutecznie usuwa nie tylko brud, ale i zdziera skórę i po kilku minutach szorowania mam kompletnie pokaleczone ręce.
      - Pierwszy dzień w kopalni,a już ma ręce jak stary górnik- śmieje się jeden z członków brygady, Thom. Na widok jego pokrytej pyłem twarzy też mam ochotę się roześmiać.
- Ale ja przynajmniej nie brzydzę się wody i mydła- mówię ze śmiechem. Udaje obrażonego, ale po chwili znowu wybucha śmiechem. Wtóruje mu reszta brygady.
- Słyszeliście? Leevy jednak umie mówić!
Czerwienię się gwałtownie.  Niebieskooki górnik, Bristel szturcha mnie w ramię.
- Nie przejmuj się. Jak będą mieli ciuchy do pozszywania, to nie będą już tacy dowcipni. A właśnie! Wstąp do mnie po pracy. Mam cały kosz podziurawionych rzeczy.
      Zaledwie kończy zdanie, dziki tłum rzuca się z prośbami o zacerowanie lub uszycie czegoś. Bristel uśmiecha się zadowolony.
- A nie mówiłem?- w niebieskich oczach migoczą wesołe iskierki. Lubię go, dzięki niemu zawsze mam co robić, a przy okazji zarobię trochę pieniędzy.
- Hej Bristel! Nie podrywaj naszej Leevy!- krzyczy ktoś z tłumu.  Kręcę głową z politowaniem. Nikt ze sprawnym wzrokiem by mnie nie podrywał. A już zwłaszcza nie on. Wszyscy wiedzą, że podkochuje się w córce właścicieli sklepu warzywnego, Alice, a takie żarty sprawiają, że purpurowieje na twarzy.
      Wracam do domu z naręczem ubrań do zszycia i szerokim uśmiechem na twarzy.
- Ej, czekaj!- krzyczy ktoś za mną. Odwracam się, zastanawiając kto to może być. Już gdzieś słyszałam ten głos. Gale!
- Tak?-pytam uprzejmie. Pierwszy raz pojawia się okazja do rozmowy z nim. Znika za drzwiami domu, ale za chwilę pojawia się na podwórku z martwym królikiem w ręce.
- Złapał się w twoje wnyki- mówi, wręczając mi zwierzę. Jestem pewna, że królik wcale nie złapał się w zastawioną przeze mnie namiastkę pułapki. Tylko skąd on wie, że zastawiałam wnyki? Przypomina mi się wczorajsze wydarzenie i szkarłatny rumieniec oblewa moje policzki. Ależ ze mnie kretynka! Po tym jak uciekałam przed nim jak oparzona w lesie, daje mi upolowanego rzekomo przeze mnie królika. Zaraz zaraz! On się nade mną najzwyczajniej w świecie lituje! Gale Hawthorne, jeden z najbiedniejszych mieszkańców Złożyska, daje biednej, wychudzonej Leevy królika, bo ona sama nie potrafi sobie upolować jedzenia. Wyciągam z kieszeni kilka monet, ale odsuwa moją dłoń.
      - Uwierz mi, stać mnie na jedzenie-mówię, spoglądając na niego z wyższością.
- Wiem-mówi, ale nie bierze pieniędzy. Trudno, najwyżej dam je jego bratu, Rory'emu jeśli go spotkam, albo Hazelle. Jestem na niego zła, bo czuję się gorsza, kiedy ktoś prawie zupełnie obcy nagle mi coś daje. 

Trzaskam drzwiami wejściowymi. W kuchni bez słowa zaczynam obrabiać królika.  Jeremy przygląda się mięsu z zachwytem, czym niezmiernie mnie drażni. Zawsze patrzy na jedzenie tak, jakby nigdy nie miał nic w ustach.
      - Skąd go masz?- mama przygląda mi się badawczo.
- Dostałam- mówię szybko.
- Od?
Od Świętego Mikołaja! Pyta, jakby nie wiedziała kto chodzi do lasu na łowy.
- Od Gale'a  Hawthorne'a - burczę.  Mama unosi brwi, ale uśmiecha się z aprobatą.

      - Miły chłopak z tego Gale'a- mówi mama, kiedy stawiam na stole garnek z gulaszem. O tak, bardzo miły.
- Nie wiedziałam, że  utrzymujecie jakieś kontakty-drąży.
- Bo nie utrzymujemy- ucinam.  Tak jest zawsze, kiedy mówię jej o jakimś chłopaku. Od razu chce wiedzieć wszystko i dam głowę, że wyobraża sobie mnie biorącą z danym osobnikiem ślub. Kiedyś zapytała mnie, co jest między mną, a Clausem, chłopakiem z miasta. Między mną, a nim było naprawdę głębokie uczucie, a mianowicie, kupował ode mnie ser w każdą sobotę. Jem najszybciej jak mogę, żeby odejść wreszcie od stołu.  Właśnie zarobiłam sobie kolejny dług, tym razem u chłopaka, z którym rozmawiałam zaledwie dwa razy w życiu.  Może i to dziwne, w końcu wściekam się, bo dał mi królika, ale nie lubię litości i współczucia. Nie znoszę jak ludzie dają mi cokolwiek za darmo. Mam wtedy wrażenie, że robią to, bo uważają mnie w pewnym sensie za gorszą od siebie. Jutro oddam Gale'owi pieniądze za królika. Koniec, kropka.

Rozdział 1



    


      Tłum mieszkańców Dwunastego Dystryktu krótko oklaskuje tegorocznych zwycięzców. Stoję sztywno wśród nich, ściskając spoconą dłoń Toby’ego. Wygrała, dudni mi w uszach to jedno jedyne słowo. Katniss Everdeen, moją sąsiadka, od której często kupowałam mięso, można by powiedzieć nawet, moja bliska znajoma. Dorastałyśmy razem, jak większość dzieciaków ze Złożyska, chodziłyśmy do jednej klasy. Co prawda nie rozmawiałyśmy często, głównie dlatego, że Katniss to raczej typ outsiderki. Ale z drugiej strony, ja też nigdy nie otaczałam się gromadką przyjaciół. Jednak po śmierci ojca, Katniss podrzucała mi zawsze część upolowanej przez siebie zwierzyny. Początkowo nie miałam nawet czym jej płacić, aż pewnego dnia odważyłam się i poszłam do lasu, gdzie znalazłam dziką barć.  W zamian za miód i trudno dostępne zioła, otrzymywałam mięso. Z czasem nauczyłam się szyć, a sprzedaż ubrań i pościeli przynosiła jakie takie zyski. Trzy lata temu, tuż przed Dożynkami, udało mi się za część oszczędności kupić dwie kozy i paczkę jakiś nasion. Wróciłam do domu bogatsza o dwa chude zwierzęta i woreczek suchych ziarenek. Po zasadzeniu okazało się, że to ziarna fasoli. Problem wiecznie głodnych brzuchów został rozwiązany.  Oprócz tego co uszyłam, sprzedawałam kozie mleko, sery, a część plonów wymieniałam na takie rarytasy jak cukier, czy prawdziwy chleb, wcale nie podobny do zakalcowatego placka z przydziału zbożowego. Dzięki odpowiedniemu żywieniu i lekom, mama zaczęła wracać do zdrowia. Któregoś dnia była na tyle silna, żeby zacząć sprzątać dom, innego gotowała, aż w końcu wróciła do dawnych obowiązków. I właśnie wtedy Toby, mój najmłodszy brat zachorował na odrę. . Lata głodu i niewystarczające warunki higieny, znacznie osłabiły odporność mojego rodzeństwa.  Gdyby nie szybka pomoc matki Katniss, pewnie by nie przeżył. Nie znoszę mieć długów, a właśnie  wtedy stałam się dłużniczką Katniss i jej mamy.
      Teraz witam ją, jako zwyciężczynię siedemdziesiątych czwartych Głodowych Igrzysk. Pewnie nie będzie już mieszkać na Złożysku. Dostanie duży dom w Wiosce Zwycięzców i będzie jedną z najbogatszych mieszkańców Dwunastki.  Nie będzie musiała szukać pracy po osiemnastych urodzinach, ani nigdy więcej prosić o jedzenie. Kiedy mama wyzdrowiała, mogłam się rozejrzeć za porządną pracą. Tylko że praktycznie nikt nie potrzebuje pracowników. Wszyscy kupcy starają się jak mogą, żeby jak najwięcej zaoszczędzić i co za tym idzie, rzadko kiedy przyjmują pracowników, nawet na krótko. Jedynym miejscem, gdzie przyjmują wszystkich chętnych do pracy, jest kopalnia. Nie bardzo nadaję się do racy przy wydobyciu węgla, bo jestem dość niska i koścista. Kiedy zarządca kopalni przyjrzał się uważnie mojej drobnej budowie i wystającym żebrom, widocznym nawet spod koszuli, uśmiechnął się z zakłopotaniem. Widząc jednak moje niemal błagalnie spojrzenie, uśmiechnął się dobrotliwie i powiedział:
      - Cóż, każda para rąk się nam przyda.
  Rozpływając się z dumy, wróciłam do domu. Mama była przerażona, gdy powiedziałam gdzie będę pracować. Tata zginął w kopalni sześć lat temu, przygnieciony przez spory kawał ściany. Dwa lata później w wyniku wybuchu zginęła masa górników, w tym ojciec Katniss i po raz pierwszy cieszyłam się, że tata nie został rozerwany na strzępy, tylko przygnieciony.
      Od śmierci ojca, mama kategorycznie zabraniała nam rozmów na temat kopalni. Czasem, gdy się z nią kłóciłam, specjalnie opowiadałam o katastrofach górniczych, żeby zrobić jej na złość. Zamykała się wtedy w pokoju i nie rozmawiała ze mną, dopóki nie targnęły mną wyrzuty sumienia i jej nie przeprosiłam.  Przerażałam ją często tym, co opowiadałam o Dwunastym Dystrykcie, rządzących i wszechobecnym głodzie i chorobom. Z czasem nauczyłam się siedzieć cicho, bo dotarło do mnie, że przez moje słowa moglibyśmy mieć kłopoty. Właściwie to poza zwykłymi uprzejmościami, wymienianymi na ulicach i Ćwieku, rzadko się odzywam.  Tylko nieliczni, którym ufam, wiedzą o mojej gadatliwości.

      Plac powoli pustoszeje. Jeśli nie wrócimy przed zmierzchem, mama zacznie się martwić. Odciągam Toby’ego od witryny cukierni, pełnej różnorodnych lizaków i bogato zdobionych tortów. Kiedy byłam młodsza, często chodziłam przed tę witrynę, żeby napaść oczy widokiem cukrowych różyczek i innych słodkości.  Idziemy przez puste ulice, czasem zatrzymując się, bo mały twierdzi, że musi odpocząć. W zasadzie nie wiem dlaczego dzisiaj tak szybko się męczy, a już tym bardziej nie wiem po co,  co chwila się za siebie ogląda.  Przed samym domem zauważam mieszkającego obok nas chłopaka.  Dopiero teraz go dostrzegłam, a chyba szedł za nami od placu. Witamy się krótkim skinieniem głowy. Gale Hawthorne, najstarszy syn Hazelle, której czasem daję pościel i ubrania do uprania. Podobnie jak ja, zaczyna teraz pracę w kopalni. Jest ode mnie dwa lata starszy, wysoki i muskularny, dzięki czemu większość dziewczyn ze szkoły wodzi za nim oczami. On jednak zdaje się tego nie zauważać. Nie jest jednym z popisujących się przed innymi chłopaków. Sam utrzymuje pięcioosobową rodzinę, poluje w lesie, czasem sprzedaje mięso na Ćwieku, a teraz zacznie pracę, dzięki której pewnie będzie im łatwiej wiązać koniec z końcem. Czasem przychodzę do jego rodzeństwa, gdy Hazelle u kogoś sprząta, a nimi nie ma się kto zająć.
      Zawsze marzyłam o siostrze, więc opieka nad pięcioletnią Posy sprawia mi przyjemność. Powinnam się cieszyć, bo narodziny jeszcze jednego dziecka oznaczałyby opiekę nad trzema chłopakami, chora mamą i niemowlakiem, a wtedy na pewno zabrano by nas do domu komunalnego.
      W domu wpycham umorusanego brata do łazienki, a sama zaczynam nakrywać do stołu. Wczoraj zebrałam na łące całe wiaderko mniszków i dziś na kolację będą resztki mniszkowej sałatki.
Mama jak zwykle tylko rozdziubuje jedzenie na talerzu i od czasu do czasu wkłada odrobinę do ust. Jeremy i Lucas nie chcą jeść, ale przykre ssanie w żołądku zmusza ich do przełknięcia chociaż jednej porcji. Tylko Toby, lizus jakich mało, zachwala każdy kęs i prosi o dokładkę. Przypuszczam, że mimo jego „apetytu”, sałatką pożywią się kozy.
      Katniss parę lat temu nauczyła mnie zastawiać najprostszy rodzaj wnyków, ale boję się iść sama do lasu. Trudno, nie mam wyboru.

Najciszej jak potrafię, idę przez las, zdana jedynie na intuicję. Trochę ciężko rozkładać wnyki po ciemku. Na dźwięk czyiś ledwo słyszalnych kroków, porzucam wnyki i biegnę na oślep.  Kroki również przyśpieszają, mimo to wciąż nie mam pojęcia kto poza mną jest w lesie. A jeśli to któryś Strażnik Pokoju? Nagle wpadam na kogoś z impetem.  Mam zamiar krzyknąć, ale  dłoń zakrywa mi usta, druga ręka jest zaciśnięta na moim przegubie.
      - Co tu robisz?-odzywa się w ciemnościach głos. Dam sobie głowę uciąć, że skądś go znam.
- Z-zastawiam wnyki-genialnie. Jeśli to Strażnik, to mam zapewnioną karę za kłusownictwo. Po co ja szłam do tego lasu?  Ucisk w okolicy przegubu zwalnia się.
      - Zastawiasz wnyki w stawie?
W stawie? Dopiero po chwili dostrzegam zarys stawu.  Jeszcze kilka kroków, a wpadłabym do wody. Czerwienię się, dobrze że jest ciemno, jeszcze by to zauważył.
- No to zmykaj- ręka mnie puszcza.

Jakimś cudem docieram do ogrodzenia. Potem biegnę do domu. Rzucam się na łóżko w ubraniu i pokrytych ziemią butach, i nakrywam kołdrą po brodę.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Prolog...



Ciemnowłosa dziewczyna i jasnowłosy chłopak stoją na środku polany. Są bladzi, w ich oczach da się dostrzec błysk determinacji. Na wyciągniętej dłoni każde z nich trzyma odrobinę ciemnogranatowych jagód.  W chwili, gdy unoszą dłonie do ust, z niewidocznych głośników